Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 25 maja 2014

Jaką edukację wybrać, aby mieć dobrą pracę - Liceum, matura część 3


Patrząc na to z perspektywy dopiero teraz doceniam rangę podjętych decyzji już na początku liceum. Problem w tym, że wybór przedmiotów zdawanych na maturze będzie miał bezpośredni wpływ na resztę naszego życia a o tym czy te decyzje były dobre dowiemy się dopiero po studiach, kiedy to przyjdzie nam szukać pracy i pracować. Wtedy to będziemy czuć, czy jesteśmy zadowoleni z siebie i ze swoich wyborów, niektórzy będą upajać się swoim sukcesem a inni pluć w brodę. Nieliczni będzie dane otworzyć swój biznes, niemający nic wspólnego z wykształceniem i decyzjami podjętymi w liceum. Jak pokazuje doświadczenie, ta trzecia grupa radzi sobie lepiej lub gorzej niezależni od wykształcenia. Jedni dostają na początku zastrzyk gotówki i go inwestują, inni gotową i prosperującą już firmę i pod okiem rodziców uczą się ją prowadzić. Jeszcze innym udaje się zacząć od zera. Niestety często brak moralności skutkuje sukcesem w prowadzeniu własnego biznesu a przez sukces rozumiem zarabianie pieniędzy.
Jednak to wszystko tematy na innego bloga. Tym razem czas na powrót do liceum i przedstawienie mojego toku myślenia jeśli chodzi o wybór przedmiotów dodatkowych na maturę.

Jak już wspomniałem, był to życiowy hazard. I właśnie wtedy, na początku I klasy liceum musiałem podjąć decyzję mającą ogromny wpływ na moją przyszłość. Była to lekcja geografii, gdzie nasz nauczyciel postanowił poświęcić 20 minut lekcji na przemówienie do nas. Był to człowiek szalenie inteligentny, dość ekscentryczny, który mnie nazywał numerem 20stym a czasem "wypadkiem przy pracy", gdy udało się mi dostać dobrą ocenę na semestr. Niektórzy uwielbiali jego spartański sposób prowadzenia lekcji, inni byli zszokowani. Jak później zrozumiałem, ten nauczyciel pokazywał nam jak będziemy traktowani na uniwersytecie, z tą różnicą, że on nigdy nikogo nie poniżał, ani nie straszył, że jak się nie zda to się wyląduje w wojsku z biletem do Iraku. Takie to właśnie czcze pogróżki osobiście otrzymałem na matematyce na uniwersytecie (służba wojskowa była obowiązkowa w tym czasie, i jak ktoś wylatywał ze studiów, a był mężczyzną [piękny przykład równouprawnienia] lądował w kamaszach na niecały rok lub w więzieniu (tzw. wolny wybór). Ten nauczyciel, jako osoba bardzo ekscentryczna i niesamowicie inteligentna nie pasował mi do roli nauczyciela geografii. Zawsze chodziły o nim plotki, że on jak był w liceum, był bardzo zdolny, ale leniwy i koniec końców został pedagogiem, co w mojej ocenie było błogosławieństwem dla jego uczniów.
Moja wypowiedź mogła właśnie urazić pedagogów, ale jeśli któryś to czyta, niech się zastanowi w sobie, czy zawsze marzył o tym żeby być nauczycielem i czy nigdy nie żałował, albo jak często żałuje tego wyboru.  Mówi się, że zawód nauczyciela to powołanie, ja bym użył raczej określenia poświęcenie, bo coraz trudniej o szacunek nie mówiąc już o poczuciu satysfakcji i w ogóle nawet nie wspominając o adekwatnym wynagrodzeniu. Niemniej jednak, ten nauczyciel był prawdziwym profesjonalistą, choć było jasne, że jak był w naszym wieku, miał inne marzenia. I w swoim wywodzie powiedział, kilka ważnych zdań, które bardzo głęboko sobie przemyślałem. Mówił o tym (choć użył innych słów), że nam współczuje. Bo czasy w których nam przyszło dorastać wymagają od nas podjęcia, życiowych decyzji bardzo wcześnie, a jest to trochę paradoks, że człowiek decyduje o swoim życiu kiedy jeszcze za dużo o nim nie wie. I choć może i jest utalentowany, inteligentny i pracowity, to brak doświadczenia robi z niego życiowego głąba. Mówił o tym, że nasze decyzje możemy zmienić w przyszłości, ale może to być strzał w stopę. Ubierając to w przykład, wybór biologii, chemii i fizyki jako przedmiotów fakultatywnych jest pierwszym krokiem w kierunku medycyny, ale może nam się ten kierunek odwidzi, może znienawidzimy te przedmioty, po roku zmienimy zdanie i zechcemy iść na prawo, wtedy będziemy rok ciężkiej pracy w plecy. Trzeba pamiętać, że konkurujemy z innymi ambitnymi uczniami i w przypadku zmiany zdania, jesteśmy daleko w tyle i niekoniecznie ich dogonimy, nie mówiąc o tym, że musimy do mety dobiec w czołówce. Podsumowując, dał nam do zrozumienia, że nasza decyzja, co do wyboru naszej kariery może jeszcze zostać przez nas zmieniona w przyszłości, ale za brak konsekwencji przyjdzie nam zapłacić zdwojonym wysiłkiem w pracy, albo rozczarowaniem przy rekrutacji na studia. Mówił też, aby w podjęciu decyzji prosić o radę naszych rodziców, bo oni bez wątpienia chcą dla nas dobrze, mają więcej doświadczenia i w tej kwestii będą dla nas najlepszymi przyjaciółmi. Tutaj się z nim nie zgadzam, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, a nasi rodzice żyli w czasach w których ukończenie studiów to było coś wielkiego i miało znaczenie. Wiele osób poprzedniego pokolenia powtarzało, że trzeba skończyć studia obojętnie jakie, bo wtedy będzie się miało szacunek wśród społeczeństwa, lepsze zarobki, lżejszą pracę. Pewnie i to była prawda, ale kiedyś. Dziś to myślenie jest dalece nieaktualne. Ja będąc aroganckim powiem, że 60% osób z wyższym wykształceniem nie zasługuje na szacunek większy niż osoby bez wykształcenia, bo tak naprawdę owe "zdobyte wykształcenie" jest niczym, a za "nic" szacunek się nie należy. Nie mówię tutaj, że należy się odnosić bez szacunku do tych 60%, mówię, że nie należy im się żadne szczególne wyróżnienie. Na szacunek, lepiej płatną i lżejszą pracę zasłużymy, gdy ukończymy trudne i wymagające studia. I tutaj, można by się spierać godzinami, bo przerażająca część studentów uzna właśnie ich kierunek, za niezwykle przydatny i bardzo wymagający. Więc komu przypada orzec, o wartości studiów i o słuszności życiowych wyborów? Na pewno nie mnie, nie politykom, nie pismakom na onecie, którzy codziennie wypuszczają artykuły w stylu: „zobacz, które zawody opłaca się wybrać, lub „sprawdź jakich zawodów należy unikać”, informacje suche jak wióry, po których zbiera się na mdłości. Ktoś może powiedzieć, że rynek pracy dobrze weryfikuje nasze decyzje, ale na świecie jest więcej niż jeden rynek pracy i na różnych może przyjść nam się prezentować. Ja osobiście powiem, że nic nie weryfikuje naszych decyzji, umiejętności, zaradności, inteligencji itd. jak samo życie. Na tym blogu, z czasem będzie można przeczytać o prawdziwych historiach, prawdziwych ludzi i ich drodze do sukcesu. Na samym końcu, w gestii czytelnika jest uznać, czy osoby tutaj piszące odniosły sukces, a jeśli tak, to czy miały jakiś wspólny model myślenie, podobne cechy osobowości, czy po prostu mieli szczęście.

Życiowa filozofia:

Zawsze wiedziałem, że życie to sztuka wyboru, uświadomiłem sobie to bardzo mocno po przemówieniu nauczyciela geografii. Wiedziałem, że muszę podjąć właściwą decyzję, wybrać właściwe przedmioty i konsekwentnie pracować nad tym, żeby maturę zdać jak najlepiej, bo takie były zasady gry i żeby wygrać, trzeba było grać jak najlepiej w ramach zasad.
Proces myślenia nad wyborem był prosty. Pierwsze pytanie do siebie: "co chcę w życiu robić?". Odpowiedź: "nie wiem, nigdy w życiu przecież nic nie robiłem, więc skąd mam wiedzieć co lubię?? Jedyne co wiedziałem to to, że nie chcę być biedny (“I realize of course that it is not a shame to be poor, but is not great honor either!”) 
Odpowiedź na pierwsze pytanie nijako już miałem, chcę robić pieniądze, a jak? -godnie. Nie krzywdząc przy tym innych, nie prostytuując się dosłownie czy intelektualnie. Jasnym dla mnie było, że w ojczyźnie ich nie zrobię, bo tu pieniędzy się nie robi, tu się je kradnie. Michnik (redaktor naczelny gazety Wyborczej znanej również jako Wybiórcza, tako pisał w felietonach: “pierwszy milion trzeba ukraść” i, że “tak się rodzi kapitalizm”. A w Polsce ten w bólach się rodził. I to mówił ktoś, kto stał wśród Polskich elit politycznych, będąc jednocześnie osobą kreującą media, toteż nasze poglądy, zatem wierzyłem, że mówi z doświadczenia i choć raz prawdę. Więc stając przed wyborem kraść lub spierdalać, wybrałem to drugie. Skłamałbym mówiąc, że nie miałem także swoich osobistych powodów do wyjazdu za granicę. Mając starsze rodzeństwo za rzeką zwaną Atlantyk, wiedziałem, że chcę wyjechać do kraju wielkich możliwości, jakim to krajem jawiła mi się Ameryka. Natenczas onegdaj głęboko wierząc, że tam na zachodzie czeka mnie przyszłość różami, mlekiem i miodem usłana. W konsekwencji, szybko wyeliminowałem wszystko co mi się tam nie przyda. Każdy kierunek zwany humanistycznym odpada. Powiem krótko, nie jest niemożliwe znaleźć pracę na zachodzie po kierunku humanistycznym ukończonym w Polsce, jest to nawet troszkę mniej karkołomne wyzwanie niż znalezienie pracy po studiach humanistycznych Ukraińcowi w Polsce.  Osoby urodzone na zachodzie, czy to USA, czy Europa zachodnia, które tam skończyły studia humanistyczne mają sami problem ze znalezieniem pracy w swoim zawodzie. I tu "news flash", przedmioty humanistyczne często nie dają konkretnego zawodu, więc o jakiej pracy w zawodzie mowa? Skoro mamy kierunki takie jak Ukrainoznastwo (nawet sprawdzenie pisowni podkreśla ten wyraz i proponuje zmienić na "Franciszkostwo"), Europeistyka i Indianistyka, możemy zakładać, że będziemy pracować jako Ukrainoznawca, Europeista czy Indianista lub Indianistyk lub Indianer lub Indianin (nie wiem jak odmienić). Takie zawody nie istnieją. Tutaj można sobie przeczytać, wypowiedzi absolwentów w tym temacie: http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=433316 Już sama strona na której podejmowane są tematy pracy po tym konkretnym kierunku, powinna dać do myślenia. Czemu ja tak się uczepiłem tej biedenj Europeistyki? Znam wiele osób, które właśnie to studiują, lub studiowali i udowadniają, że sobie radzą! Ja po prostu potrzebuje, jakiegoś przykładu, a sama Europeistyka stała się internetowym memem i przedmiotem żartów, swojego rodzaju „uosobieniem” studiów humanistycznych. A, że odwieczna święta wojna między ścisłowcami a humanistami przeniosła się do internetu, i humaniści wyraźnie ją przgrywają, możemy znaleźć tam takie kwiatki
(kilka linków obrazujących wojnę ścisłowców z humanistami - polecam):
I żeby nie było, że to tylko tak w Polsce:
Dla odróżnienia, jakie żarty są o inżynierach:


Poniżej posłużę się przykładem, który powinien wyjaśniać dlaczego wybór niektórych kierunków studiów, ma sens jedynie jeżeli idziemy studiować hobbystycznie i nie oszukujemy się, że będziemy mieć potem dobrze płatną pracę w wyuczonym zawodzie.

Sahara Zachodnia leży w północno-zachodniej części Afryki. Graniczy na północy z MarokiemAlgierią Mauretanią na wschodzie i południu. Zachodnia część graniczy z Oceanem Atlantyckim. Prawie całe terytorium zajmuje pustynia kamienista (hamada), jedynie na południu pojawiają się piaszczyste wydmy. Teren jest w przeważającej mierze płaski, z wysokimi klifami u wybrzeży oceanu.”


Mieszkając tam, na pewno nie studiował bym „Leśnictwa”. Jeśli wszyscy się zgadzamy, że na pustyni, po kierunku Leśnictwo, pracy nie znajdziemy, czemu zatem w Polsce, gdzie wyznawców Judaizmu jest teraz 0,004%, mamy kierunek taki jak: Judaistyka(UJ – studia licencjackie, magisterskie, podyplomowe i doktoranckie).
Powiem więcej, ten kierunek jest w różnych odmianach, np. czasem nazywana hebraistyką, a czasem jako specjalizacja na Orientalistyce. I oczywiście, ktoś może zwrócić uwagę, że hebraistyka to kierunek studiów na którym uczy się języka hebrajskiego. Co byśmy nie mówili, wybór takich studiów, jeżeli nie ma się planu ani nawet chęci, rozwijania jakiś biznesów z Izraelem lub pracowania dla organizacji zajmujących się polepszaniem stosunków tych dwóch nacji, to czysta głupota.

Spójrzmy na studia jak na biznes. Studia oferują wam edukacje, pozornie darmową, bo już została opłacona w podatkach, ale nadal to jest produkt, który jest sprzedawany i ktoś na tym zarabia, a wszyscy za to płacimy. I wybierając w Polsce, Judaistykę jako kierunek studiów, kupujemy piasek na pustyni od Araba. I Arab nie może się nadziwić, że zawsze ma klientów. I ja wiem, że teraz ktoś płacze, że przecież każdy powinien studiować co mu się podoba i co go interesuje itp. Ale, gdybyśmy zrobili sondę uliczną i zapytali pracujących ludzi, czy im się podoba, że za ich pieniądze z podatków studiujemy coś, co jest równie przydatne jak leśnictwo na Saharze, pewnie by nie byli zadowoleni. Takim niepisanym założeniem szkolnictwa wyższego, jest tworzenie dobra narodowego zwanego specjalistami, poprzez edukację. Gdzieś zapominamy o tym, że to kosztuje i jest to inwestycja. Jak hipisi mówimy, że jak ktoś ma kaprys, studiować przez 5 lat filmoznawstwo, to powinien móc to robić. Kosztowne hobby, niech idzie na prywatną uczelnię z brakiem prawa do stypendium naukowego z kieszeni podatnika. Troszkę pragmatyzmu, a będzie żyło nam się lepiej.

Wracając do tematu opinii w internecie:
Pamiętajmy, że obiektywność anonimowych wypowiedzi w internecie jest wątpliwa. Ja każdej osobie myślącej o wyborze studiów polecę przeprowadzenie prostych testów. Wchodzimy np. Na google translator i wpisujemy “europeista” i prosimy, żeby przetłumaczono to na angielski. Po wynikach tłumaczenia już wiemy, że w taki sposób nie znajdziemy pracy. Jeżeli wpisujemy w google nazwę jakiegoś zawodu np. „ślusarz praca” i zamiast ofert pracy, google zwraca nam linki do forów internetowych, gdzie ludzie zadają pytania, czy w tym zawodzie jest praca, to podpowiem - nie ma. Jeszcze trudniej jest szukać pracy, jak nawet nie umiemy przetłumaczyć nazwy naszego zawodu, albo kierunek który studiujemy nie daje konkretnego zawodu. Ale, są osoby, które udowadniają, że się da studiować kierunki humanistyczne i dalej świetnie sobie radzić! Co robią lepiej od 90% swoich współbratymców? Jak im się udaje?
Myśląc o kierunkach humanistycznych, trzeba je traktować jak szwedzki stół i uczyć się dużo więcej niż oferuje program nauczania lub tego co faktycznie wymagają wykładowcy (nie wystarczy zaliczać przedmioty), bo nie można przewidzieć co się będzie robiło w przyszłości, dlatego, że te studia nie dają konkretnego zawodu, a mają na celu nauczyć pewnego rodzaju myślenia oraz przez swoją otwartość i elastyczność przygotować do życia zawodowego, gdzie właśnie obrotnością i elastycznością trzeba będzie się wykazać. I dodam bardzo ważną rzecz, humanista to nie jest osoba, która nie rozumie fizyki i nie cierpi matmy. Przez wielu naukowców ekonomia jest uważana za naukę humanistyczną, gdyż nie jest nauką przyrodniczą i nie jest nauką ścisłą, a ekonomiści przecież cyfr używają. Więcej w temacie i prawdopodobnie rozsądniej, jest napisane tutaj: (polecam bardzo ten atykuł) http://wyborcza.pl/1,126764,12391237,Studia_to_rodzaj_szwedzkiego_stolu__Niektorzy_nie.html
Jeśli link nie działa, można poszukać w google, pod hasłem “studia humanistyczne jak szwedzki stół, list otwarty”.

Wielką pychą wykazuje się osoba, która uzna, że skończy dziennikarstwo i będzie pracować dla Brytyjskiej gazety, albo po prawie zamarzy być prawnikiem wielkiej amerykańskiej korporacji. Nie jest to niemożliwe, ale skończenie studiów w Polsce to o wiele za mało, żeby to osiągnąć. I to chyba będzie najlepsze podsumowanie. Jeśli ktoś jest uparty i uważa, że skoro jesteśmy częścią UE, to na pewno po skończonej administracji w Polsce, dostanę pracę w urzędzie we Francji albo przynajmniej będę spełniać wszystkie wymagania, aby aplikować. Ja radzę to sprawdzić! Prawa uchwalane na poziomie Parlamentu Europejskiego są bardzo ogólne, naturalnie każde państwo ma swoje własne prawa i na mocy tych praw, nasze umiejętności mogą być poddane pod wątpliwość i trzeba będzie zdać jeszcze coś już na miejscu i warto mieć tego świadomość.
Co więcej, idąc na kierunek ścisły, też trzeba się zastanowić, bo nie każdy jeden jest dobry w perspektywie wyjazdu za granicę. Trzeba pamiętać, że w różnych krajach są różne prawa i nasz dyplom nie koniecznie musi być respektowany. Niektóre zawody wymagają, tzw. nostryfikacji dyplomu, a szczegóły tego procesu będą rozpatrywane raczej indywidualnie, w zależności jaki kierunek kończymy, na jakim uniwerku i do jakiego kraju emigrujemy. Zawody, gdzie w naszych rękach jest ludzkie życie lub zdrowie, pośrednio lub bezpośrednio często wymagają dodatkowych uprawnień nawet po nostryfikacji dyplomu. Tak więc, informatyk, pojedzie na zachód i tam się go przywita jako osobę, która potencjalnie może być lepsza niż miejscowi kandydaci. Natomiast inżynier budownictwa już niekoniecznie, niektóre kraje mogą poddać pod wątpliwość, umiejętności jakie posiada taki inżynier a przecież nie chcą, aby później zawalił się most. Lekarzy brakuje na zachodzie, ale lekarzem nie zostaje się od razu po skończeniu medycyny. Nawet w Polsce umiejętności i wiedza absolwentów uczelni medycznych są poddawane testowi LEP, który to dopiero po zdaniu daje możliwość dalszego rozwoju i dodatkowych uprawnień/obowiązków. Nie myślmy więc, że poza granicami naszego państwa nikt nie będzie chciał dokonać walidacji naszych umiejętności. Przy wyborze studiów lub szerzej mówiąc, podejmując decyzje “być czy nie być studentem”, trzeba pomyśleć, czy nasza planowana edukacja po liceum to faktycznie tylko trzy lata licencjatu, lub 3,5 inżynierskie, lub 5 magisterskie, lub 8 lat magister plus doktorat, czy np. 6 lat medycyny, rok stażu i potem kolejne 6 lat specjalizacji?
I kiedy tak naprawdę będziemy zarabiać na siebie? Nie ma nic złego w przeciąganiu edukacji jeśli jesteśmy w stanie się utrzymać finansowo, ale kiedy realnie dostanę pracę w tym zawodzie do którego się szkolę? W bardzo niekomfortowej sytuacji możemy się znaleźć, gdy zdając maturę na 90% z chemii i biologii na poziomie rozszerzonym, jesteśmy w jakiś 4% najlepiej zdanych matur z tych przedmiotów, studiujemy 5,5 roku farmację, gdzie miesiąc naszego pobytu w mieście uniwersyteckim wyniesie nas jakieś 1500zł, a potem się okazuje, że czeka nas praca w aptece, tak samo ciekawa jak praca na kasie w tesko, płatna może i więcej, ale na pewno nie warta wkładu pracy na studiach. Do tego za granicami naszego państwa okazuje się, że nasz angielski to w ogóle jakieś nieporozumienie i nie potrafimy się porozumieć z ludźmi na ulicy, a co dopiero wytłumaczyć starszej pani, że dana lek działa jako prekursor inhibitora neuroprzekaźników, a jeszcze za granicą każą nam zdawać “jakisik test” i czekać na prawo do wykonywania zawodu! To wszystko trzeba brać pod uwagę wybierając studia, jeśli nie możemy sobie pozwolić na obudzenie się z ręką w nocniku.
W ramach wtrącenia, bo ktoś może powie, że za dużo liczę 1500zł miesięcznie, ale ja powiem, że jeśli liczyć, że student musi zjeść a nie zawsze ma żarcie z domu, że musi się ubrać, a nie zawsze znajduje ubrania pod choinką, mieć tego laptopa i komórkę a nie zawsze je babcia daje za ładnie zdaną maturę, że czasem sam sobie to żarcie musi ugotować, a na mieszkaniu brakuje patelni i trzeba ją dopiero kupić, że nie wszyscy znajdą miejsce w akademiku i trzeba będzie wypatolić więcej kasy na mieszkanie plus zapłacić rachunki, to te 1500zł to mało. A jako, że każdy wpis na tym blogu można komentować, będę wdzięczny jeśli ktoś napisze za ile miesięcznie udaje mu się przeżyć na studiach i na co wydaje te pieniądze i ile rzeczy dostaje w postaci towarów z domu. Będąc na studiach odnosiłem wrażenie, że jest jakiś niepisany konkurs na to, kto potrafi żyć za mniej. Nie wiem czy podzielacie moje zdanie, ale to smutna raczej sytuacja. Można przecież dojść do poziomu Bear Grylls i jeść co popadnie, ale to również nie jest wielki honor. Ogólnie to jakoś w naszym kraju utarło się, że bycie oszczędnym to coś pozytywnego. No i to jest konieczne, jeśli nie chcemy znaleźć się w sytuacji gdzie mamy za dużo miesiąca na koniec pieniędzy, albo za mało pieniędzy do końca miesiąca. Ale czy warto oszczędzać na jakości jedzenia, żeby pokazać wszystkim, że się jest oszczędnym nawet jeśli nam nie brakuje? Nie na mawiam do rozrzutności, ale idąc na studia nie sugerujmy się tym, ile ktoś znajomy mówi, że wydaje, bo ta osoba może brać czynny udział w konkursie oszczędzania i zaniżać faktyczne koszty. Oczywiście studenci robią sobie z tego żarty i internet aż huczy od “studenckich memów”: http://bebzol.com/upload/brzez/000/student/7.jpg
I tak oglądając amerykańskie filmy o życiu tamtejszych studentów, oczywiście grubo przesadzone, próbujemy naśladować ich styl zabawy. Wychodzi nam to nie-najgorzej, krótko mówiąc na imprezach studenckich - jest moc. Ale każdy z odrobiną rozsądku, wie, że ten spirytus z Ukrainy, może się źle skończyć. Tymczasem lewy spirytus na akademikach ma się dobrze i stwierdzenie „mam litr wódki za 12zł”, jest wypowiadane z dumą, a ja mam wątpliwości co do tego rodzaju oszczędności. Zdarzą się też osoby, które z dumą będą mówić, że jeżdżą na gapę autobusami, lewy dowód czy legitymację, w razie ewentualnej kontroli biletów, też da się załatwić. Po rozmowie z takimi survivalowcami, możemy usłyszeć, że na studiach da się żyć za bardzo mało pieniędzy, ale dużym kosztem.
KONIEC WTRĄCENIA O KOSZTACH
W wyborze przedmiotów na tzw. fakultety rozpatrywałem kolejne istotne rzeczy. Bo przecież skoro pracy brakuje, to trzeba się wyszkolić w czymś co nie jest popularne a jest potrzebne. Coś czego ludzie nie lubią bo jest ciężkie, trafić w niszę zwyczajnie chciałem. Trudno jest dziś trafić w niszę, bo wielu zdolnych ludzi dookoła. Nie można też przesadzić, bo zostanie fizykiem jądrowym może się skończyć w pracy w McDonaldzie (no może przesadzam), ale jeśli z jakiś przyczyn nie będą nas chcieli w zawodzie. A przyczyny mogą być takie, że po prostu jest to tak wąska dziedzina, że może być zwyczajnie za wąsko żeby się dopchać, lub może okazać się, że w USA na gwałt potrzebują takiego fizyka do pracy w elektrowni atomowej, ale po 11 września już nie zatrudniają emigrantów. A może moglibyśmy pracować dla wojska, a jak wiadomo, mundur powoduje, że nasze „Cojones” są większe, i jak wiadomo panny sznurem. Tymczasem oprócz bycia wybitnym fizykiem, staną nam na drodze testy sprawnościowe, których nie przejdziemy. Z tym 11 września to tu nie żartuję. Ogólnie wszystkie akty terroryzmu, powodują zwiększoną nieufność w instytucjach podniesionego ryzyka. Ale co my, Polacy mamy wspólnego z terrorystami? Nic, ale graniczymy z Rosją, a nikt nie uważa nasze granice za szczelne, a z Rosji może się do nas przypałętać cała masa potencjalnie niebezpiecznych ludzi, niekoniecznie Rosjan i dlatego jest bezpieczniej nie obsadzać takich stanowisk osobami z Europy Wschodniej. Paranoja? Oczywiście, że tak, ale niestety realna, jednym z powodów dla których nie zniesiono wiz do USA z Polski, jest właśnie brak zaufania USA do Polski w sprawach otwartości naszych granic na emigrantów ze wschodu. Amerykanie sami dobrze rozumieją, że mają problem ze szczelnością swoich granic, ale tam mają przynajmniej kontrolę i nie podejmują dodatkowego ryzyka. Co więcej, sama UE nie darzy nas 100% zaufaniem. Po ciekawym kierunku jakim jest "forensic science", czyli kryminalistka, gdzie pracować możemy jako Ci naukowcy z popularnych seriali typu Bones (Kości), czy "Kryminalne zagadki", po zrobieniu wszystkiego dobrze, dostaniu się na ten trudny kierunek, gdzie kandydatów było z 50 na jedno miejsce i większość tęgie głowy, po latach ciężkiej pracy, może się okazać, że ten zawód w danym państwie jest zarezerwowany tylko dla obywateli. Przyczyna jest dość prosta, taka posada wymaga sprawdzenia naszej przeszłości bardzo dokładnie, a np. Scotland Yard, potencjalny pracodawca, powie, że niemożliwe dla nich jest przeprowadzenie takiego "background check", który by zaspokoił wszystkie wymagania, ze względu na fakt, że ostatnie 25lat mieszkaliśmy w Polsce a nie w UK. Tutaj też, nie mówię, że jest niemożliwe pracować dla organizacji zajmujących się bezpieczeństwem, lub będących potencjalnym źródłem niebezpieczeństwa (elektrownie atomowe, elektrownie wodne, platformy wydobywcze etc.), ale nasza praca tam może być zablokowana ze względów formalnych/bezpieczeństwa. Trzeba mieć świadomość, że wszelkiego typu restrykcje dotyczące sprawdzania nie tylko naszych kwalifikacji ale i „background checks” będą się tylko nasilać. I tu może, taka rada, jeśli marzy nam się odpowiedzialna funkcja, np. listonosza w USA, bardzo poważnego państwowego urzędnika, zarabiającego jakieś 70tys. dolarów rocznie i jakimś cudem mamy obywatelstwo USA (nie wystarczy zielona karta, nie wystarczy wiza pracownicza), to zostaniemy poproszeni o nasikanie do kubeczka, w celu sprawdzenia czy nie palimy trawki tudzież nie zażywamy innych narkotyków. I nawet jeśli jesteśmy aktualnie czyści, jakaś kartoteka policyjna z czasów gdy mieliśmy 13 lat i „jak to policeman przeszukuje mnie” miało miejsce, możemy nie dostać pracy. Wysyłając CV do Holandii, poproszony zostałem o wypełnienie kwestionariusza, gdzie również zapytano mnie czy nie mam nic przeciwko poddać się badaniom na obecność THC. I możemy się dziwić, że w państwie liberalnym, gdzie palenie marihuany jest legalne, nagle pracodawca „dyskryminuje” palacza i ze względu na jego życiowy wybór, nie dostaje on pracy. Nie wszyscy rozumieją, że liberalizm pozwala nam dokonywać takich wyborów, ale nie zakłada też, że nie będzie nam udzielał pomocy jak nasze wybory nas pognębią. I ten liberalizm, aby być prawdziwym liberalizmem, działa też w sferze prywatnych przedsiębiorstw, i jeśli potencjalny pracodawca, nie chce zatrudniać osób stosujących dane używki, to raczej nikt go do tego nie zmusi. I oczywiście można dociekać swoich sprawa w sądach i bla bla bla, i nie cofnę kijem Wisły, bo i tak nie wygramy. A nawet jeśli wygramy, to zaczniemy swoją karierę z piękną metką osoby, która jeszcze nie zaczęła pracy a już podała swojego pracodawcę do sądu. To jest tylko przykład. Podam inny, w liceum do którego chodziłem, można było dostać naganę na świadectwo ukończenia za palenie papierosów lub piecie alkoholu. Jeśli ny wypisać nagany każdemu kto puszczał dymka w liceum albo opędzlował browarka, to jakieś 99% licealistów miało by te nagany. Tymczasem zostanie złapana tylko garstka, ukarana przykładnie. Na świadectwie jak mniemam, nie będzie napisane „pił piwko” albo „jarał szlugi”, tylko coś w rodzaju „zażywał niedozwolonych używek”, i w śliskiej sytuacji gdzie, będzie jedno miejsce wolne na uniwerku a 3 osoby z tą samą ilością punktów, uniwerek zrezygnuje z tego niepokornego ucznia. I takie pierdoły mogą się za nami ciągnąć i utrudniać rozpoczęcie kariery.
Innym powodem, którym warto się kierować myśląc o przyszłości w liceum są nasi nauczyciele. Mimo szczerych naszych chęci, jeśli poziom nauczania w danej szkole jest niski, lub dany nauczyciel sam się do nauczania nie przykłada, wynik z naszej matury też będzie adekwatnie niższy i często tego nie damy rady przeskoczyć. Może więc warto nie iść za głosem serca a raczej za głosem rozsądku. W liceum na j.polskim uczy się nas, aby iść za swoimi ideałami, jeśli kochasz historie, idź na historię i na pewno odniesiesz sukces. Gówno prawda, to nie jest USA, żeby odnieść sukces musisz być konsekwentny i pragmatyczny. Idąc za głosem serca jest warto tylko wtedy kiedy ten głos nie jest pozbawiony rozsądku, kochasz muzykę chcesz grać na saksofonie, jeśli jeszcze nie mówią o Tobie, że masz wielki talent, prawdopodobnie zmarnujesz sobie życie. Ktoś powie, że można grać na weselach i robić dobrą kasę, tylko to tak jak osoba, która malować by chciała piękne erotyki w stylu Paul'a Gauguin'a http://media.salon.com/2002/08/paul_gauguins_erotic_life.jpg w rezultacie malował ściany w burdelach. Warto abym nadmienił, że w momencie kiedy podejmowałem swoje życiowe decyzje, tak naprawdę nie wiedziałem co lubię i z czego jestem dobry. Lepiej szło mi z przedmiotów humanistycznych a i tak wybrałem przyrodnicze, które na studiach przerodziły się w typowo ścisłe i nawet to polubiłem, bo jak się zaczyna być w czymś dobrym, to się zaczyna to lubić i przynosi to satysfakcję. 
Podsumowując, mój wybór był pragmatyczny i przekalkulowany, od początku do końca konsekwentny i kosztował wile pracy, ale o tym będzie później.
Teraz jakie wybory podejmują młodzi ludzie, już 10 lat młodsi ode mnie? Zasady gry mają z grubsza podobne, rywalizują ze sobą o punkty na maturze i też muszą bardzo wcześnie dokonać wyborów. Tymczasem co się dzieję naprawdę: http://www.wykop.pl/link/1472219/plany-na-przyszlosc-studento



I tu bym podkreślił, że to jest krok do sukcesu, im wcześniej zaczniemy nad czymś uparcie pracować, tym szybciej osiągniemy sukces i sukces ten będzie większy. Ja maiłem szczęście, że moja szkoła zmusiła mnie do wczesnego wyboru, nie w każdej szkole tak się dba o uczniów. U nas każdy nauczyciel wiedział w pierwszej liceum co dany uczeń zdaje na maturze, w innych szkołach niekoniecznie. Dzisiejszym 15 latkom radziłbym stworzenie podobnego planu do tego co opisałem powyżej, bez planowania zbędnych szczegółów. W praktyce to wygląda tak, że po każdym kroku otwierają się widełki możliwości, prosto mówiąc, po napisaniu testu w gimnazjum, Twój wynik pozwala Ci pójść do danej grupy liceów. Jak masz za mało punktów nie pójdziesz do najlepszego, ale masz wybór powiedzmy 5 liceów o podobnym poziomie i teraz trzeba podjąć najlepszą możliwą decyzję. Ogólnie to można uprościć:
- aby osiągnąć sukces w tym co robię zawszę muszę być wśród najlepszych, (najlepsze liceum, najlepsza klasa w liceum, najlepsi pedagodzy) idąc krok wyżej też chce iść na najlepszy uniwerek itd.
- trzeba być upartym, pragmatycznym i konsekwentnym. Najlepsze wyniki osiągają osoby uparte, niekoniecznie najzdolniejsze czy najsprytniejsze, choć te cechy nie utrudniają. Przez upór, rozumiem ciągłe wstawanie kiedy życie Cię przewróci. 
Będąc w liceum pewnie nie raz nasze morale będą załamane, ale taka jest kolej rzeczy. Pamiętać należy , że będąc w liceum jest już trochę za późno na zdobycie zawodu bez pójścia na studia. Osoby, które planują zakończyć edukację jak najszybciej i wybierają zawodówki i technika nie popełniają w dzisiejszych czasach błędu. To, że często nie donoszą sukcesu jest spowodowane, faktem, że często te osoby wylądowały tam dlatego, że nie dostały się do liceum i przestają się uczyć. Szkoła zawodowa może nas nauczyć wielu praktycznych rzeczy i na rynku pracy po takiej szkole jesteśmy dużo wyżej niż po samym liceum. Bo po zawodówce, umiemy wykonać wiele czynności na budowie, zająć się elektryką, uszyć jakie jeansy. Po liceum wiemy, że gąbki są naturalnymi bioindykatorami, wiedza ta bez kolejnych kilku lat pogłębiania jest bezużyteczna a czasem nawet i po tych latach dodatkowej nauki nic z niej nie ma. Pracownicy fizyczni z fachem w ręku i znajomością języka obcego nawet na niskim poziomie, na zachodzie są bezpieczni, w Polsce też mogą prowadzić godne życie. To był drugi rok moich studiów, kiedy to spotkałem kolegę z podstawówki, który to już nie został przepuszczony dalej w drugiej klasie podstawowej i musiał powtarzać rok, i zaskoczony byłem jak dobrze sobie radzi. Miał już żonę i dziecko, drugie dziecko lada dzień miało się powić, odpalając papierosa od papierosa (marki Marlboro), oświadczył, że ma dobrą pracę i zarabia godnie i, że do domu w zębach przynosi trochę powyżej 3000zł miesięcznie. Są to pieniądze, których pozazdrościło by mu wielu rodaków z wyższym wykształceniem, a dodać trzeba, ze on już takie pieniądze zarabiał od roku lub dwóch, a ja będąc w jego wieku nie zarabiałem nic, co więcej w perspektywie miałem kolejne lata niezarabiania. 
Bardzo by mi smutno było, gdybym teraz zarabiał mniejsze pieniądze i musiałbym przyznać, że dokonałem złych wyborów. Ale jego sukces też nie był przypadkowy, on już wcześniej niż ja wiedział,  że właśnie tak chce pracować, miał smykałkę to wszelkiego rodzaju prac manualnych, i choć naprawianie elektroniki nie szło mu najlepiej to urządzenia typu rower naprawiał sam od kiedy nauczył się na nim jeździć. Miałem też innego kolegę w tej podstawówce, co nie był wiele zdolniejszy od tamtego w nauce, zawsze na lekcjach coś bazgrolił i nawet w tedy było wielu lepszych z "plastyki" od niego. Nie wiem jak i gdzie, ale w pewnym momencie zaczął się interesować sztuką tatuażu, miał jakiś talent, nie wydziwiał mówiąc, że musi pójść na studia, zrobił jakieś kursy, dostał pracę w studiu tatuażów i zanim ja skończyłem studia, on już był współwłaścicielem tego studia. Sądząc, po zdjęciach na portalach typu facebook, robi jakąś chorą kasę, bo to skacze ze spadochronu, to pływa z płaszczkami w jakiś bardzo czystych wodach a to jeździ na nartach wodnych. I już mógł sobie na to pozwolić w czasie kiedy ja siedziałem i ryłem przy słabym świetle. Jeszcze inny, co miał porównywalne wyniki w szkole, przechodził z trudem z klasy do klasy aż w końcu dostał się na studia, takie, gdzie to każdy się dostać może, bo zawsze są wolne miejsca. Coś tam powalczył ze dwa lata, głównie to chodził na imprezy, w końcu zrezygnował. Dalej mieszka z rodzicami, bez większych perspektyw na cokolwiek. Jego błędem było, ze zawsze chciał iść na te studia, ale nigdy się nie nadawał, a chłop był z niego dobrze zbudowany i parę w łapach miał, spokojnie szkoląc się w zawodówce i uparcie szukając pracy, mógłby odnieś jakiś sukces. 

Życiowy hazard... To określenie sugeruje losowość, sugeruje, że nasze decyzje podejmowane w życiu nie mają znaczenia i cokolwiek byśmy nie zadecydowali i tak potrzebujemy szczęścia żeby nam się udało. To nie prawda.

Mam nadzieję, że powyższy wywód komuś pomoże podjąć właściwą decyzję lub utwierdzić w swoich przekonaniach.

8 komentarzy:

  1. Bardzo mądry tekst,otworzył mi oczy i zachęcił do zastanowienia się nad swoimi wyborami.Można wiedzieć na jakim etapie teraz jesteś?Po studiach?Jakie zarobki?

    OdpowiedzUsuń
  2. 3 lata po studiach, niecały rok szukałem intensywnie pracy.
    Zarobki z bonusami wyjdzie ponad 40k euro rocznie. (brutto)

    OdpowiedzUsuń
  3. za późno przeczytałam..

    OdpowiedzUsuń
  4. Po doktoracie z chemii i z stażem zawodowym można znaleźć łatwo pracę za granicą?

    OdpowiedzUsuń
  5. Musze przyznac, ze bardzo ogolnikowe pytanie. Jesli chodzi np. o Niemcy to sa one potega chemiczna, natomiast lubia aby znac dobrze niemiecki. Doktorat i staz pracy sa bardzo mile widziane i raczej "obrotna osoba prace znajdzie szybko". Natomiast jak ktos jest zyciowa "cielepa" to mu nic nie pomoze. Staz + doktotat z chemii + obrotnosc + jezyk = dobra praca szybko znaleziona

    OdpowiedzUsuń
  6. Tego typu artykułów czy esejów jest sporo w Sieci i już myślałem, że autor będzie tworzył listy kierunków, które warto studiować i takich, które lepiej sobie odpuścić ew. robić hobbystycznie jakoś przy okazji, a wyszło dosyć dyplomatycznie.
    Mam wrażenie, że jednak na Zachodzie jest łatwiej o pracę mając konkretne wykształcenie: większy przemysł (a co za tym idzie więcej firm), inne podejście do człowieka i ostatecznie lepsze pieniądze, a w końcu "pracujemy aby żyć, a nie żyjemy aby pracować".

    OdpowiedzUsuń