Łączna liczba wyświetleń

sobota, 22 marca 2014

Jaką edukację wybrać, aby mieć dobrą pracę - Liceum, matura część 2

Kolejnym przedmiotem jaki nas nie ominie na maturze jest język obcy. Ciężko w zasadzie podkreślić jak bardzo ważna jest znajomość języków w dzisiejszym świecie. Może warto spojrzeć już na Europę i rynek pracy, z zupełnie innego kąta, żeby to sobie uświadomić. Wyobraźmy sobie, że mieszkamy na Górnym Śląsku, gdzie na śniadanie nie jemy kiełbasę tylko wursta, na facetów mówi się chopy a na dziewczyny: diołchy lub frelki. Nie chodzimy do ubikacji się wysikać, tylko do ustępu się wypulać itd. itp. I wyobraźmy sobie, że takim językiem się do nas mówi w domu, na ulicy a nawet w szkole. W zasadzie, zostając na Górnym Śląsku całe życie moglibyśmy używać tylko gwary i może by to nie było zbyt łatwe, ale jakoś dało by się przeżyć. Naturalnie nikt kto ma trochę oleju w głowie, nie będzie się upierał przy tym, że jak na Śląsk przyjedzie np. Wielkopolanin, to że ma z nomi godać po Śląsku, bo u nos się goda po noszemu. Tak to się już stało, że mimo różnych gwar obecnych na terenie Polski, wszyscy znamy tą wspólną wersję i dla większości z nas, jest ona naszym pierwszym językiem, mimo tego, że dla wielu z nas właśnie gwara jest językiem, który używamy w domach.
Jeśli chcemy w dzisiejszych czasach osiągnąć znaczący sukces, musimy zacząć traktować nasz ojczysty język jako europejską gwarę. 

Ależ jak Ty człowieku możesz porównywać, dialekt używany na Śląsku z językiem polskim? Otóż mogę, Polska liczy sobie 38,5 mln mieszkańców, według spisu z 2011 używanie śląskiego w kontaktach domowych zadeklarowało 529 tys. osób. Czyli jakieś 1,4% deklaruje używanie tej gwary. Jako polak z pozostałych 38mln, nieznający tej gwary, nie wyobrażam sobie, że zakładając firmę na Śląsku, miałbym się nagle tej gwary nauczyć i nią posługiwać w pracy. 38,5 mln Polaków to 5,2% ogólnej populacji Europy, więc podobnie jak Ślązak, pracujący na Śląsku dla „gorola” z Małopolski, będzie zmuszony z nim mówić w języku urzędowym, tak i Polak, pracujący w Polsce w zagranicznej firmie, lub polskiej firmie prowadzącej wymianę usług z innymi krajami, będzie zmuszony znać języki obce, najlepiej angielski.
Warto to przemyśleć i pamiętać, że tak samo jak Ślązak nie znający polskiego budził by w nas zażenowanie, tak samo Polak nie znający angielskiego, dla osób z zagranicy, będzie co najmniej śmieszny.

No, ale przeglądając (tak naprawdę mało atrakcyjne) oferty pracy, często wydawać nam się może, że znajomość francuskiego, niemieckiego czy włoskiego była by lepsze niż ten angielski.
Najwięcej takich ofert jest w firmach konsultingowych czy outsourcingowych, wśród których jest duża konkurencja i klient jest tam panem (pracownik jest tam bardzo nisko). Charakterystyczne dla takich firm jest to, że Wasze wykształcenie nie ma większego znaczenia dla nich. I jedyną szansą na to aby tam zarabiać dobre pieniądze jest szczęście. Innymi słowy, jeżeli jesteście jedyną osobą w regionie chcącą dla nich pracować, a jednocześnie mogącą się porozumiewać dobrze z intratnym klientem, to możecie liczyć na dobre wynagrodzenie. Rzeczywistość jest jednak inna, bo np. znając serbsko-chorwacki i szukając teraz ofert w googlu, raczej znajduję oferty pracy np. w sklepie rowerowym na ulicy Serbskiej. Łatwiej już jest jak się jest np. księgowym i zna się serbski, bo z samym serbskim to outsourcing lub opieka nad starszymi ludźmi. (obecne wyniki google).

Więc czy, aby na pewno chcemy ryzykować? Spędzić 3 lub 5 lat życia na uczenie języka, która daje mi tylko tyle, że znam język, który znają lepiej ode mnie wszyscy mieszkańcy tych krajów w którym się go używa? I zastanówmy się, czemu ten Serb szuka opiekunki w Polsce z znajomością języka serbskiego? No oczywiście, że wyjdzie go to taniej niż zwykła opiekunka z Serbii. Czyli podsumowując, nie szukał ten Serb wykwalifikowanej pielęgniarki, tylko po prostu osoby która się nim zaopiekuje i weźmie mniej niż przeciętna Serbka bez szkoły. Czy coś takiego chcemy robić po studiach?

Więc nie ryzykujmy, na maturze zdajmy angielski, niemiecki lub oba te języki. Językami drugiej kategorii będą francuski, hiszpański i włoski, resztą już naprawdę nie ma sobie co dupy zawracać.

Jeśli, naszym planem na przyszłość jest filologia, a jednocześnie chcemy zarabiać dobre pieniądze na tym, to musimy być naprawdę dobrzy i zaradni. Znam osoby, które używają samą znajomość języka do robienia dobrych pieniędzy i można powiedzieć, że odniosły sukces. Natomiast już dziś konkurencja w tym kierunku jest strasznie duża. Aby dostać się na popularne filologie, na najlepszych Polskich uczelniach, trzeba się liczyć z konkurencją niemal tak wysoką jak na kierunki lekarskie i dentystyczne i nasze wyniki z matur powinny plasować się na poziomie 90% i więcej z języka obcego i języka polskiego (poziom rozszerzony). Następnie lądujemy na ciężkich studiach (oczywiście tu poziom będzie zależał od uniwerku) a później bardzo często czekać nas będzie gorzkie rozczarowanie.

Może wymienię, kilka rzeczy, które warto brać pod uwagę myśląc o filologii:
- znając perfekt angielski (nie mamy innych umiejętności), na rynku europejskim jesteśmy prawie nic nie warci. Jadać do UK i mówiąc w CV, że znamy perfekt angielski i polski, prawdopodobnie ktoś po polsku nam odpisze, że „ja też”.
- Podobnie jest z każdym innym językiem, jeśli znamy perfekt hiszpański i marzy nam się jakaś dobra praca w Hiszpanii, to trzeba pamiętać, że wśród ludzi poniżej 25 roku życia tam, 56% jest bezrobotnych. Prędzej prace z tym hiszpańskim znajdziecie w Polsce czy na Ukrainie.
- Głównym pracodawcą osób po filologii jest ministerstwo oświaty, najprawdopodobniej, zatem z takim zawodem będziecie cudze dzieci uczyć.
Natomiast tutaj pozdrowię, mojego nauczyciela niemieckiego z liceum, który jako bardzo zaradna osoba, drobił się własnej szkoły językowej, prywatnej, gdzie uczniowie po lekcjach przychodzą się uczyć (mają wybór, kilku rożnych języków obcych, a także mogą liczyć na pomóc z przedmiotów szkolnych i przygotowanie do matury). Natomiast naprawdę trzeba być wyjątkowo zaradnym przy czym jednocześnie rozpychać się na bardzo konkurencyjnym rynku.
- Można być tłumaczem, natomiast ten zawód staje się z roku na rok coraz tańszy. Dochodzimy bowiem do poziomu w Polsce, że jest tyle osób mogących się tym zajmować na wystarczającym poziomie, że zaczyna się to sprowadzać do poziomu pracy korektora, która poprawia tekst napisany przez kogoś innego przed wydrukiem.
Tłumaczyć można całe książki lub krótkie dokumenty. Ilość zarobionych pieniędzy na godzinę pracy zdecydowanie lepiej wygląda u tych drugich. I też tutaj znam jednego, co zamierza zostać tłumaczem przysięgłym i wszystko wskazuje, że mu się uda. Natomiast jego matura na poziomie rozszerzonym ustana i pisemna z angielskiego i niemieckiego to była sztafeta 4 x 100%. Więc jeśli jesteś tak dobry i zamierzasz to utrzymać, to polecam filologię.

Bardziej rozsądne jest uczenie się języka do poziomu który pozwoli nam wykonywać nasz wyuczony zawód w języku obcym. Lepiej być inżynierem i znać język na poziomie komunikatywnym, niż być filologiem i znać język perfekt. Zarówno w Polsce jak i za granicą dostaniemy za takie umiejętności więcej kasy.
Nie trzeba nam cudować i robić te bardzo popularne certyfikaty, które trochę kosztują a tak naprawdę prawie nic nie znaczą. Pomijając fakt, że na zachodzie, Wasz pracodawca nie będzie znał tych certyfikatów, a nawet jeśli je zna to będzie miał je w poważaniu. Wy i tak będziecie z nim rozmawiać w trakcie procedury kwalifikacyjnej a on wtedy zweryfikuje Wasz język.

I teraz trzy rożne przykłady CV:

osoba A: W CV napisała, że 3 lat studiowała filologię angielską później, przez dwa lata księgowość.

Potencjalny pracodawca: „No, ten osobnik na pewno zna bardzo dobrze angielski, ale dwa lata księgowości to trochę mało”.


Osoba B: 5 lat księgowości i certyfikat CAE (certificate in advance english),

Potencjalny pracodawca: „No to już lepiej, dobry księgowy i angielski też zna na pewno”.


Osoba C: 5 lat księgowości, brak certyfikatu z angielskiego za to certyfikat z kursu Excel dla zaawansowanych i praca magisterska napisana po angielsku.

Potencjalny pracodawca:
Ten na pewno zna angielski na poziomie wystarczającym do pracy, jest dobrym księgowym i nadrobił sam, czego na studiach zbyt dobrze nie uczą, weźmy jego”.


Próbuję tutaj pokazać, że nie należy ze znajomością języka obcego „overkilla”, czyli strzelać z armaty do gołębia. Nie trzeba skończyć filologii, aby pokazać pracodawcy na CV, że znamy angielski. Na CV just „throw them a bone”, wystarczy, rzucić tylko jakiś ochłap, który sugeruje, że znacie ten angielski naprawdę dobrze. Nawet można skłamać, napisać, że w liceum część przedmiotów było realizowane w języku obcym, oni i tak nie będą chcieli papierów, oni Was zaproszą na rozmowę i to zweryfikują. Natomiast odradzam pisania: „dobra znajomość angielskiego”, na tej rzucanej kości, warto troszkę mięsa zostawić.

Bardzo istotnym jest rozumienie, że takiej możliwości uczenia się języka obcego a w szczególności angielskiego, nie było dla Polaków nigdy w historii:

- obowiązkowy język obcy w szkole (przeważnie angielski)
- obowiązkowa matura
- na studiach też jest obowiązkowa liczba godzin
- ilość prywatnych szkół oraz korepetycji na rynku jest ogromna, często bardzo tania.
- dostęp do internetu, gdzie tekst w języku angielskim możemy przetłumaczyć jednym kliknięciem na polski.
- wszelakie aplikacji na komórki i programy komputerowe zmuszające nas do systematyczności (jeszcze 15 lat temu, hitem było mieć kasetę magnetofonową z 1000 słów po ang. z tłumaczeniem na polski). - „gimby nie pamiętajo”.
- możemy rozmawiać na „chatach” z osobami z całęgo świata w każdej chwili, są 1000 ludzi dostępnych i gotowych na rozmowę.
- wyjazdy i wymiany uczniów i studentów.
- bardzo profesjonalne czasopisma i książki, zaprojektowane tak, aby dawać rozrywkę a jednocześnie uczyć.
- filmy dostępne do ściągnięcia w internecie po angielsku – może to nie legalne, ale jak najbardziej realne.
- gry komputerowe i realna interakcja z ludźmi z całego świata.
- teksty naszych ulubionych piosenek, które i tak już znamy na pamięć, a teraz mamy możliwość znaleźć tłumaczenie słowo po słowie.
- dostępne telewizje w obcych językach
- mnogość video blogerów na youtube (youtube dość dobrze tłumaczy ze słuchu i generuje nam napisy w naszym ojczystym języku).

Tak naprawdę, języka angielskiego jesteśmy w stanie się nauczyć, nawet się go nie ucząc, wystarczy, że pozwolimy się nim otaczać. Siedzenie i wkuwanie słówek, to może jest jeszcze potrzebne na samym początku, kiedy chcemy nabyć podstawy.

Dlaczego napisałem, że angielski i niemiecki to najważniejsze języki obce, a hiszpański, francuski i włoski wymieniłem za drugoplanowe, a resztę za nieistotne?

Bo w Europie, mając dobry zawód i 2-3 lata doświadczenia, zostaniemy zatrudnienie wszędzie jeśli tylko znamy angielski, najbardziej się przed tym bronią Niemcy, bo mają silną gospodarkę i bez znajomości niemieckiego, zatrudnią nas tylko jeśli będziemy naprawdę dobrym kandydatem. Jakieś szanse na znalezienie dobrej pracy z dobrym zawodem mamy także w Skandynawii, gdzie bez większych problemów pożyjemy znając tylko angielski. Podobnie w Danii, Holandii czy Belgii. Francja jest krajem anty angielskim, ale nie są też aż tak silnym rynkiem pracy, żeby zamiast angielskiego uczyć się francuskiego. Ponadto, nawet jeśli Niemcy i Francuzi będą wymagać od nas dobrej znajomości ich języków, to będą również wymagać angielski. Szczególnie we Francji, ta znajomość angielskiego może być dużym plusem, bo ich umiejętności językowe jeśli chodzi o angielski, są aż zadziwiająco niskie.  


W następnej częściach o trudnym wyborze przedmiotów dodatkowych.

6 komentarzy:

  1. Nie zgadzam się z podziałem na angielski + niemiecki i języki drugiej kategorii. Wszystkie języki oprócz angielskiego są językami drugiej kategorii. W Polsce te 2 są najpopularniejsze jeśli chodzi o liczbę osób nimi mówiących i ofert pracy, ale ty piszesz o rynku europejskim. W takim wypadku trzeba znać angielski + język kraju w którym chcemy pracować. Tylko tyle! Jak chcemy w Hiszpanii, to hiszpański jest niezbędny do dobrej pracy. Jak chcemy w Belgii to to samo. Oczywiście w każdym kraju znajdzie się trochę ofert tylko z angielskim, ale to nie znaczy, że znajomość niemieckiego pomoże w pracy w Hiszpanii czy Francji.

    "Francja jest krajem anty angielskim, ale nie są też aż tak silnym rynkiem pracy, żeby zamiast angielskiego uczyć się francuskiego."
    Co to ma niby oznaczać? Silnym rynkiem pracy? Jeśli chodzi ci o to, że obecnie mają wyższe bezrobocie niż Niemcy, to właśnie trudniej przez to znaleźć prace we Francji nie znając francuskiego niż w Niemczech nie znając niemieckiego.

    Poza tym dobrze piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieki za komentarz, w sumie to nie liczba wyswietlen a komentarze najbardziej ciesza. Co do Francji, Hiszpani i tych krajow ktore z punktu widzenia emigrantow z Polski nie sa tak atrakcyjne jak Niemcy czy UK. To chodzilo mi o to, ze jesli mamy wybor uczenia sie jezyka obcego, to powinien byc to angielski w pierwszej kolejnosci. Pozniej niemiecki. Wyjatkiem od tego beda osoby, ktore z jakis przyczyn wiedza, ze np wyjada do Francji(bo np. maja tam czlonka rodziny do ktorego chca dolaczy). Wtedy ich wybor jest jasny. Niemiecki dodatkowo daje nam swobode w komunikacji w Austrii, Szwajcarii i ulatwia zycie w Holandii, Belgii, Luxemburgu, Danii. Tym i faktem, ze Niemcy sa pierwsza gospodarka Europy argumentuje wyzszosc niemieckiego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dodałabym jeszcze, że znajomość niemieckiego znacznie ułatwia naukę norweskiego lub szwedzkiego. Osobiście bardzo żałuję, że w liceum wzięłam francuski. Ciekawi mnie też co masz do powiedzenia nt. języków orientalnych jak japoński czy chiński, albo całkiem różnych choć terytorialnie bliskich: fiński lub węgierski. Ile jest warta za granicą osoba znająca perfekcyjnie polski, angielski i japoński, a do tego chiński na niezłym poziomie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach caly dlugi komentarz mi sie skasowal!!! Odpowiem tak: Dla osob z dobrym zawodem, znajomosc jezykow stawia ich powyzej sredniach w srodk ich konkurencji na rynku pracy. Znam jednak wielu Japonczykow, ktorzy mowia na poziomie czworkowego ucznia 2 gimnazjum i dalej zostali odelegowani do wspolpracy z nami w Irlandii. Jakbym znal japonski firma by mnie ozlocila i wyniosla na oltarze. Znam tez poliglote (Belg, zna 5 jezykow w tym Chinski), pracuje jako informatyk, koordynuje grupe miedzynarodowa. Czyli, sama znajomosc jezykow to za malo, bo jestes potrzebna do komunikacji z miedzynarodowymi "stakeholders", ale musisz wiedziec o czym mowisz, mie cel, miec jakis biznes. Nie przewidzisz z kim bedziesz prowadzila interesy pracujac dla jakies firmy, mozesz tylko liczyc na prawodpodobienstwo. Chinski i Japonski to jezyki, ktore w duzych korporacjach maja znaczenie bo, z nimi robi sie biznesy. Z Wegrami juz mniej. Prace w ktorych nie trzeba miec wyuczonego zawody tylko znac jezyki to przedstawiciel handlowy i tlumacz. Tez da sie zarobic i ziwedzic troche swiata, ale lepiej pracowac jako inzynier czy w finasach. Jesli ja mialbym wybrac japonski czy java, wybralbym jave. Jesli chcesz zrobic z siebie poliglote, to podziwiam i popieram, natomist nie tracilbym czasu i energii na jezyki trudne a uzywane w krajach w ktorych nic nie ma. Dedukujac swoj czas na nauke, trzeba zawsze widziec cel, np bede uczyla sie niemieckiego bo chcialabym mieszkac w Wiedniu. Nie mozna isc w kierunku, naucze sie greckiego, bedzie orginalnie na CV wygladal i na pewno zrobi na kims wrazenie. Pracodawca patrzy na Ciebie jak Ty na funkcjonalnosc swojego telefonu. Nie interesuja Cie te gadzety, ktorych i tak nie bedziesz uzywac. Nawet wiecej, denerwuje Cie, ze woj telefon jest drozszy i wolniejszy przez tp, ze ma tyle bezuzytecznych bajerow.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nawet nie wiesz jak spodobała mi się Twoja odpowiedź, dzięki! Jeśli chodzi o moje plany to od października zaczynam japonistykę, gdzie będę miała właśnie chiński jako drugi język. Chciałabym też wziąć norweski na lektoracie. Z angielskiego i francuskiego zdawałam matury rozszerzone (chociaż przez to, że było to ponad 2 lata temu dużo z francuskiego mi uleciało, bo nie ma z nim z takiej styczności jak z angielskim - sam zresztą zaznaczyłeś to w swoim poście). Chciałabym być tłumaczem, marzę o tym, ale nie zamykam się na to. Zamierzam zdać egzamin na testera (w czym może mi również pomóc fakt, że mam brata informatyka, który w razie czego dostarczy mi sporej ilości "materiałów" do zdobycia doświadczenia i nauki nie tylko w teorii). Później może się okazać, że będzie to początek jakiejś bardziej informatycznej kariery i zacznę się uczyć choćby przytoczonej przez Ciebie Javy ;) Jeśli nie to jest wiele kursów, szkół policealnych, studium, które pozwolą mi opanować konkretny zawód w stosunkowo krótkim czasie. Np. księgowość (a tutaj trzeba zaznaczyć, że ofert pracy dla księgowych z językami jest multum).
    Bynajmniej nie kieruję się też, chciałabym zaznaczyć, aspektem "jak ten język będzie wyglądał w moim CV". Po prostu lubię, chcę, mam pasję i... chyba pewną łatwość do języków.
    Wydaje mi się, że jeśli ktoś ma obrany cel i plan na życie, a najlepiej kilka planów (awaryjnych) to niech robi to co lubi, byleby nie narzekał później, że nie ma pracy. W końcu, chcąc nie chcąc, sami wybieramy sobie zawód, studia, sami kierujemy swoim życiem. Ja mam plan, ambicje i będę dążyć do ich urzeczywistnienia. Chciałabym przydać się na coś społeczeństwu. No, ale jeszcze długa droga przede mną, także jak na razie trzymam się nadziei, że mi się uda.

    Pozdrawiam serdecznie i dzięki za wypowiedzi na tym blogu, bardzo fajnie się je czyta.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bank ofert dla nauczycieli japońskiego w Krakówie http://preply.com/pl/krakow/oferty-pracy-dla-nauczycieli-języka-japońskiego

    OdpowiedzUsuń