Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 17 marca 2014

Jaką edukację wybrać, aby mieć dobrą pracę - Liceum, matura część 1

Pamiętam było to na początku liceum, coś w okolicach września lub października, kiedy to miałem podjąć decyzje, które jak wiem dziś wpłynęły na resztę mojego życia. W moim przypadku przejście z gimnazjum do liceum było bardzo płynne. Obie szkoły mieściły się w jednym budynku, miały tą samą administrację, a część nauczycieli nauczający na poziomie liceum, zostali poproszeni o prowadzenie zajęć również dla gimnazjalistów. Podejrzewam, że szkół łączących gimnazjum i liceum w jednym budynku nie ma za wiele w Polsce. Na pewno jest to dobre dla gimnazjalistów, już samo przebywanie w jednym budynku z licealistami zmusza do bardziej dojrzałego zachowania. Czasem, w trakcie przerw, rodzi rozmowy ze starszymi kolegami, co pozwala skorzystać z ich doświadczenia. Również, kadra nauczycielska, która przez lata pracowała z licealistami, traktowała nas doroślej i wymagała więcej. Szkoła ta, była instytucją prywatną, działającą w małym mieście, i nie miała by racji bytu gdyby nie była łączona.
Początkiem liceum, każdy uczeń miał wybrać tzw. fakultety, coś w rodzaju specjalizacji. Stary sposób podziału na klasy humanistyczne i matematyczne nie miał już większego sensu w związku z reformą oświaty i sposobu zdawania matur, dlatego też ta placówka wpadła na oryginalny pomysł fakultetów. Krótko mówiąc, oprócz minimalnej liczby godzin przedmiotów szkolnych zdefiniowanych gdzieś w ustawie o polskiej oświacie, każdy uczeń był zobligowany do wybrania zajęć fakultatywnych, realizujących poziom rozszerzony, z tych przedmiotów z których uczeń zdecydował zdawać się maturę.

Według „nowych zasad”(które dziś już są „starymi zasadami), zdawało się maturę z j. polskiego, j. obcego oraz przynajmniej jednego, wybranego, przedmiotu. Ważnym elementem był fakt, że matura, a dokładnie wynik uzyskany z tego egzaminu, umożliwiał lub wręcz zaprzepaszczał, pójście na wybrany kierunek studiów. Zasady gry zatem były dość proste. Jeśli chcemy iść na informatykę, wybieramy na maturze matematykę i informatykę lub fizykę. Na medycynę: biologię, chemię i fizykę, a na inne kierunki inne przedmioty w zależności od wymagań danego uniwersytetu i danego kierunku studiów. Trzeba było się zorientować, jaka uczelnia ma jakie wymagania! To jest bardzo ważny element. Podobnie jak pracodawca, ma listę wymagań co do kandydatów i jeśli na niej widnieje: „dobra znajomość języka niemieckiego”, to nie składamy tam CV, jeśli tego języka nie znamy. Nawet jeśli świetnie władamy staro-cerkiewno-słowiańskim.

Trzeba dodać, że w tym czasie maturę zdawało się na poziomie podstawowym, który był wystarczający aby aplikować na niektóre kierunki na mniej renomowanych uczelniach lub takich które cierpiały na niedosyt studentów. Jak ktoś miał ambicję, studiować na obleganym kierunku musiał po godzinnej przerwie zmierzyć z „nieobowiązkową drugą częścią” zwaną poziomem rozszerzonym. na obu poziomach podstawowym i rozszerzonym. I tak, np. uczelnia na której ja koniec końców wylądowałem, brała pod uwagę 4 przedmioty: chemię, matematykę, fizykę i biologię. „Wymyślili sobie”, że za każdy procent zdobyty na maturze z chemii, z poziomu rozszerzonego kandydat otrzyma 3 pkt. za każdy procent zdobyty z chemii na poziomie podstawowym 1.5 pkt. Za matmę na poziomie rozszerzonym 2,5 pkt a na podstawowym 1pkt. Ustalono również jakiś tam przelicznik również dla fizyki i biologii. Ja na maturze zdawałem chemię i biologię, na obu poziomach, i te dwa przedmioty dały mi wystarczającą ilość punktów, aby dostać się na te studia. Gdybym zdawał jeszcze np. matematykę, wcześniej przeliczył bym, za które dwa z tych trzech przedmiotów dostane więcej punktów i aplikował, uwzględniając tylko te dwa wyniki, ponieważ koniecznie trzeba było wybrać maxymalnie 2 z 4 podanych przedmiotów. Oczywiście na maturze można było zdać więcej przedmiotów, ale aplikując na ten kierunek, trzeba było wybrać 2 z 4 wymienionych.
Jeszcze raz podkreślę fakt, że zasady gry były bardzo proste. Dany kierunek wymagał zdania matur z określonych przedmiotów, na określonym poziomie. Tylko, że owy poziom co roku jest inny i można było tylko zgadywać jaki będzie tym razem. Więc, gdyby w roczniku w którym przyszło mi pisać egzamin dojrzałość, matura z biologii, okazała by się szczególnie trudna i bardzo dobrym wynikiem byłoby zaledwie 60% z poziomu rozszerzonego, a jednocześnie matura z matmy okazała by się banalna i osiągnięcie 80% nie było by niczym wyjątkowym, pewnie bym się nie dostał.
Wniosek: „Trzeba było zdać jak najlepiej”. W zasadach gry było wyraźnie powiedziane, że na dany kierunek jest określona liczba miejsc, osoby z najlepszymi wynikami są przyjmowane w pierwszej kolejności. Ten fakt, powinien być przemyślany przez osoby, które twierdzą, że tzw. nowa matura jest „za prosta”. Na nowej maturze nie walczy się o jej zdanie, bo osiągnięcie wyniku powyżej 30% (próg zdawalności) nie gwarantuje niczego, walczy się o jak najwyższy wynik.
Tutaj zaczyna się już życiowy hazard. Ile przedmiotów zdawać na maturze? Jakie? Biologia i wiedza o społeczeństwie pozwolą mi iść na psychologię, ale z wiedzy o społeczeństwie nie dostane za dużo punktów, więc może zamiast niej matmę (niektóre uczelnie przyjmowały na kierunek psychologia biorąc pod uwagę wyniki z matematyki, i tak np. Za każdy 1 punkt zdobyty na maturze z matematyki, uczelnia przyznawała 2 (swoje) punkty, a z matury z wiedzy o społeczeństwie jeden punkt. Innymi słowy, zdając matematykę na 100% kandydat otrzymywał dwa razy więcej punktów, niż kandydat który zdał WOS na 100%. Trzeba pamiętać, że choć każdy nauczyciel uznaje swój przedmiot, za najważniejszy, to już uczelnie wyższe mają swoje zdanie. Ko tak na marginesie wspomnę, że matematyka, dobrze zdana otwierać będzie nam drogę na największą ilość kierunków, także takich które z matematyką nie mają za dużo wspólnego jak np. psychologia. Skoro już jest obowiązkowa na maturze (nie była kiedy ja zdawałem), warto ją zdać jak najlepiej i się do niej przykładać.
Ale co jeśli zmienię zdanie i będę chciał być prawnikiem? Wtedy wiedza o społeczeństwie i historia są mi potrzebne. Może zdam matmę, historię i WOS wszystko na poziomie rozszerzonym? Ale wtedy będę miał więcej nauki i prawdopodobnie dostanę mniej punktów na maturze z każdego przedmiotu!
Dużo ważnych decyzji do podjęcia. Dużo różnych czynników trzeba wziąć pod uwagę. „Dużo myślenia poświęcić trzeba”. - master YODA. 

Dziś, na maturze zdać trzeba:

- język polski,

Choć ja osobiście totalnie i kompletnie ignorowałem ten przedmiot, wielu z Was, zdecydowanie nie polecam takiej taktyki.
Jeżeli wybieracie się na tzw. kierunki humanistyczne i macie ambicje, żeby w przyszłości zarabiać na tyle, aby samemu się utrzymać, musicie być dobrymi humanistami. Naprawdę dobrymi i zaradnymi życiowo. A i tak może to nie wystarczyć. A nie wystarczy być słabym z matematyki, aby siebie nazwać humanistą. Ekonomista, taki rodzaj humanisty co nie boi się matmy, musi mieć bardzo szeroką wiedzę ogólną. Rozumieć politykę krajową i międzynarodową, znać się na prawie handlowym, znać języki, dobrze posługiwać się matmą i być ciągle na bieżąco. Wtedy ma szansę na wybicie się z szeregów księgowych i sekretarek (i ich męskich odpowiedników – księgowców i sekretarków) – żart, i ma szansę być dobrze opłacanym.
Ale, o humanistach będzie jeszcze dużo więcej w tym „cyklu o edukacji”.
Teraz skupmy się dalej na samej maturze z j. Polskiego. (o autokorekta poprawia mi automatycznie polskiego na dużą literę, choć „kórę” przepuszcza z „ó” bo jest wyłączona (autokorekta) – ach ten open office).
Skupmy się na samej maturze z „polaka”. Tego przedmiotu uczymy się najdłużej, bo od urodzenia do nas się mówi (chyba, że „goda” się do nas to może być nam trudniej). Sam język, znajduje się na piątym, najwyższym stopniu trudności wśród języków i przeciętny młody Polak, osiąga w wieku 16 lat, tą samą płynność i poprawność językową co Anglik, w swoim rodzimym języku, w wieku 12 lat.
No cóż, mamy trudniej. Część matury, związana z „czytaniem ze zrozumieniem”, pokazuje, że nie potrafimy mówić we własnym języku. Otrzymanie z tej części mniej niż 100%, oznacza, że nie umiemy jeszcze mówić w 100%, nie rozumiemy składni, być może nie rozumiemy niektórych słów użytych w tekście, nie umiemy jeszcze objąć całościowo zdań złożonych i wyciągnąć wniosków.
Czasem nas mózg może nas oszukać, i przeczytamy to co byśmy chcieli przeczytać, zwłaszcza w czasie stresu, ale przecież na maturze tekst czytamy wielokrotnie, jest dostosowany do ucznia liceum, więc na powinno być wymówek.
Podobnie jest z pismami urzędowymi/prawniczymi tekstami. Są one pisane w języku polskim, natomiast często mamy tam do czynienia ze słownictwem (ściśle zdefiniowanym), którego nie używamy na co dzień oraz ze słowamy które w języku potocznym mają inne znaczenie. Przeciętny Polak nie zna tego języka, więc ma problem z „czytaniem ze zrozumieniem”.
Część otwarta, gdzie piszemy rozprawkę lub analizujemy wiersz, również jest trudna. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że trzeba się wstrzelić w klucz odpowiedzi, a dobrze wszyscy znamy historię Szymborskiej oblewającej maturę, na której to interpretowała wiersz swojego autorstwa. Krzyczymy zatem hańba! Nowa matura jest śmieszna i żałosna. Też tak krzyczałem. Bo przecież uważałem siebie za Prodigy i kiedy szło do interpretacji wiersza, wystarczyła mi minuta na zastanowienie i przez następne 15 minut gęba mi się nie zamykała, ku uciesze mojej bardzo wymagającej nauczycielki.
Jednak to nie o polot lub lanie wody chodzi na maturze. Nie chodzi też o odpowiedzenie na pytanie: „co autor miał na myśli”. Nie chodzi również o znajomość twórczości autora i jego stylu, choć to pewnie nie zaszkodzi. Chodzi jedynie o to, żeby piszący maturę, przeczytał wiersz i odtworzył każdą z czynności, którą należy wykonać interpretując wiersz lub pisząc rozprawkę. Trzeba to widzieć jak zadanie tekstowe z matematyki. Schemat jest prosty. Wypisujemy dane i szukane – i już punkty lecą. Wypisujemy wzory z jakich będziemy korzystać zwyczajnie ciupiemy ze wzoru. Na końcu dajemy odpowiedź.
Co to sprawdza? Że maturzysta, przerobił kilkadzisiąt rozprawek w swoim cyklu nauczania i umie zastosować to samo podejście do każdej z nich.
Matura z „polaka nie ma sprawdzić, czy jesteście talentem literackim, bo takowy nie potrzebuje sprawdzania, jak będzie mu „pisane” to wypłynie. Matura ma sprawdzić czy kandydat, wystarczająco dużo czasu poświęcił na żmudną odtwórczą, powtórzę nie twórczą, a odtwórczą pracę. Że jest nauczony siedzieć na dupie i robić coś wbrew swoim przekonaniom, starając się jak najlepiej dopasować to co „tworzy”, oczekiwaniom kogoś innego. Bo taka osoba, będzie potem na studiach siedzieć na dupie (tu żartuje humaniści to tak naprawdę się opieprzają w zdecydowanej większości i mają tendencję do wyolbrzymiania poprzez nadmierną egzaltację (celowe masło maślane z masła), trudu swoich studiów. No, ale po studiach, oczekiwaniem jest od sekretarki, siedzieć na dupie i pisać tak, żeby szef był zadowolony, a nie tak jak podoba się sekretarce.
Używam tu zawody sekretarki w dość pejoratywnym świetle. Cel jednak uświęca środki, może ktoś po przeczytaniu tego, zmieni swoje marzenia na cele i bardziej na poważnie podejdzie do kariery humanisty lub z niej zrezygnuje.
Smutne to po prawdzie, że choć we mediach czytacie, jak Ci profesorowie z wydziałów humanistycznych walczą o większe dotacje do ich kierunków, protestują przeciwko zamykaniu kierunków, które nie mają przyszłości i kształcą przyszłych bezrobotnych. Rzucają piękne słowa na wiatr, że przecież trzeba kształcić humanistów, że są potrzebni, że wzbogacają społeczeństwo, że mają realny wpływ na kierunek w jakim podążamy, i w końcu, że nie można położyć na tym ceny. To często jest daleka hipokryzja, z którą na studiach spotykać się będzie na co dzień, bo na wielu uniwerkach hipokryzja, jest uznaną polityką prowadzenia tych placówek. Oni w czasie studiów będą Wam powtarzać, że nie umiecie nic i, że my Was nie nauczymy niczego co będzie Wam przydatne do pracy i dlatego będzie mało zarabiać. No, ale póki co, my udajemy, że Was uczymy, wy udajecie, że się uczycie, Wy macie przejebane, a my mamy zapłacone a to właśnie o to nam chodziło od początku.
W humanizmie jest takie hasełko: „Człowiek, to brzmi dumnie”. Nie chodzi tu bynajmniej o Was, bo Wy nie jesteście w oczach rynku pracy i wykładowców na uczelniach ludźmi, tylko bezrobotnymi i studentami. Jedna i druga grupa, jest w położeniu tak złym, że zgodzi się na bardzo wiele, za samą obietnicę szansy. Nie ma w tym nic dumnego i bardzo ciężko z tej sytuacji wyjść.


Kontynuacja tekstu nastąpi w czasie bliżej nieokreślonym...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz