Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 14 września 2014

Nauka języka obcego - porady.

Bardzo często, od emigracji odstrasza nas brak swobody w posługiwaniu się językiem obcym, lub też kompletny brak jego znajomości. Jest to obawa zupełnie uzasadniona. Zdecydowanie lepsza niż skrajnie odwrotne podejście w stylu: "za granicą to języka nauczysz się w kilka miesięcy" - to się raczej nie wydarzy jeśli nie mamy już solidnych podstaw. 
Zauważyłem natomiast, że argument o nieznajomości języka, pada raczej z ust osób, które są małomówne i nieśmiałe. Zawsze myślałem, że takim "milczkom", kwieciste umiejętności oratorsko-dyskusyjne, są mniej do szczęścia potrzebne, niż tym, podobnym do mnie, którym gęba się zamyka tylko po to, aby szybko czymś przepić, a nawet wtedy podnoszą palec lewej dłoni do góry dając do zrozumienia, że jeszcze mówić nie skończyli...
Myślę, że większym problemem dla emigrantów jest strach przed wyjściem na "głupka" niż faktyczny brak umiejętności językowych. Wszyscy znamy kogoś, kto pójdzie kłócić się nawet z Chińczykiem po chińsku, bez najmniejszych zahamowań, będzie mówił co mu leży na sercu w każdym języku jaki zna na raz, głównie w ojczystym. Później rozdziabujemy buzie ze zdziwienia, że ta osoba dogadała się idealnie, co więcej zdobyła przychylność swojego rozmówcy, wręcz prawie się zaprzyjaźnili. Takim sytuacją zazwyczaj towarzyszy dużo gestykulacji, czasem przeplatanej z dziwnymi odgłosami itp. 
Swojego czasu, gdy uczyłem się języka niemieckiego, mój nauczyciel udowodnił mi, że nie trzeba znać ani jednego słowa po niemiecku, lub wyłapywać jedynie wyizolowane z kontekstu fragmenty wypowiedzi, aby dorobić sobie samemu całą treść przekazu. Opowiadał nam on bajkę dla dzieci, o dicken, fetten Pfannkuchen (grubym, tłustym naleśniku), naśladując przy tym odgłosy zwierząt występujących w tej bajce i ogólnie dało by się to zrozumieć nawet po hebrajsku, bo właśnie to body language oraz naśladowanie głosów zwierząt pozwoliło nam zrozumieć treść bajki. Również Cejrowski, namawia do rozmawiania z ludźmi po Polsku jeśli nie znamy języka kraju w którym się znajdujemy. Dużo w tym psychologi, trochę ugryźć ten temat postaram się później w tym wpisie. Zasadniczo błędem jaki popełniamy za granicą jest robienie z siebie ofiary. W sklepie to sprzedawca ma problem jeśli nie wie co chce kupić, nie ja. Rozumieją to sprzedawcy pamiątek w miejscach rojących się od turystów, którzy zagadają do nas po polsku, gdy tyko wychwycą znajome słowo (najczęściej "kurwa"). Rozumieją to mistrzowie handlu ulicznego - Arabowie, którzy to zawsze mają najniższe ceny właśnie dla Polaków (no chyba, że jesteśmy Niemcami, to wtedy najtaniej mają dla Niemców itd.). Nie rozumieją tego np. Francuzi, o których słyszę opowieści, że np w Luwrze brakuje angielskojęzycznych tłumaczeń czy w restauracji kelner nie jest wstanie zrozumieć słowa po angielsku. Nawet słyszałem opinie, że to jest objaw patriotyzmu... Od kiedy to brak jakiejś umiejętności to objaw patriotyzmu? Od kiedy to szkodzenie swojemu interesowi, za który płacimy podatki jest dobre dla Twojego państwa? W którym momencie i który debil, użył po raz pierwszy patriotyzmu jako wymówki dla swojego lenistwa? Moim marzeniem jest, aby Polacy za granicą nie mieli kompleksów, aby mogli uważać się za ludzi wartościowych i chodzić z podniesioną głową. Żeby nasze wyrażenie "witam w naszych skromnych progach" było czystym sarkazmem i żeby nasi goście zza granicy byli pod wrażeniem kiedy wychodzą z naszych lotnisk, kiedy wydają spacerują po naszych starówkach, kiedy używają naszej komunikacji i dróg. Mają też ściągać czapki z głów kiedy przeciętny Polak wykazuje się wysoką kulturą osobistą i niebagatelną wiedzą w tym znajomością języków obcych. Oni mają wracać do swoich krajów i mówić wszystkim, że Ci Polacy to nas już przeskoczyli. Na ulicy wysocy, silni, eleganccy mężczyźni i przepiękne zadbane kobiety. Potrafią świetnie zrównoważyć czas pomiędzy pracą i rozrywką. Jest bezpiecznie, wszyscy chętnie służą pomocą i bardzo miło nas witają. A kiedy my wyjeżdżamy za granicę, mamy też reprezentować te wartości i oni wszyscy mają się zastanawiać, czy trafili właśnie na "super Polaka", czy może tam jest 40mln państwo pełne takich ludzi? Chcieć takiego szacunku dla Polaków jest patriotyczne, nieuczenie się języków obcych - nie jest.

Czym sam sobie właśnie nie przeczę? Nie, nie uda się nam wszystkim poznać miejscowych języków krajów, które odwiedzamy. Wtedy, pamiętajmy, że jesteśmy równi i zamiast męczyć się w języku, którego nigdy wcześniej nie używaliśmy, mówmy w tym języku, w którym czujemy się swobodnie. Przy tym bądźmy uprzejmi i uśmiechnięci i starajmy się w miłej atmosferze się dogadać. Uśmiech w każdym języku, znaczy to samo i nasi rozmówcy zrozumieją, że jesteśmy w sytuacji w której nie dogadamy się konwencjonalnie, więc trzeba będzie się trochę powygłupiać, pogimnastykować, ale uda nam w końcu przekazać informację, którą chcemy.  
   

I od zmiany naszego nastawienia trzeba zacząć naukę języka obcego. Tutaj liczy się zwycięstwa a nie porażki. Każdy, nawet wybitni lingwiści, zawsze mają w rękawie zabawną historię językową, w której zrobili z siebie głupka i Was też to nie ominie, więc trzeba to olać i ruszyć odważnie naprzód. Ja pewnego razu, opisując wygląd kobiety, będąc w błędnym przekonaniu, że sposób upięcia włosów w tzw. kok, również po angielsku jest "kok". W konsekwencji powiedziałem, że kobieta ma na głowie "kok", co będzie zrozumiane po angielsku, że miała na głowie koguta... I to nie jest jest najgorsze, bo angielski "cock", czytane "kok" znaczy oprócz koguta, tyle co chuj/kutas. Innymi słowy powiedziałem, że kobieta z obrazka ma włosy upięte w chuja na głowie i jeszcze byłem z siebie zadowolony, bo nieświadomy. Mój osobisty brat, na początkach swojej, już długiej emigracji, kłócił się z pracodawcą, że ma jutro free day, kiedy pracodawca z uporem się upierał, że jutro nie jest free day i do pracy trzeba przyjść. Bratu chodziło o Friday, tylko troszku, źle to wymawiał. Każdy ma takie sytuacje i trzeba je olać.        

Kiedy odłożymy już wstyd na bok, warto się zacząć uczyć języka. Jest to dla wielu zajęcie bardzo trudne, bo nauka zawsze była procesem żmudnym i męczącym. 
Nauka języka w szkole to za mało, czasem całkowicie pójdzie w las i nie będzie z tych godzin lekcyjnych najmniejszych efektów. Klasy w szkołach są przepełnione, uczniowie nie dostają wystarczającej uwagi, do tego znajdzie się jeden idiota co zacznie rozwalać całe zajęcia, lub ktoś, kto wyraźnie jest w ogonie i poziom nauczania automatycznie zwalnia. Czasem jest odwrotnie, nauczyciel stara się wyrównać poziom do wyraźnie najsilniejszej jednostki co zniechęca resztę. 

Aby, temu wszystkiemu przeciwdziałać, trzeba kierować się jedną zasadą: otaczać się językiem obcym. To jest sposób w jaki się nauczyliśmy mówić. Jako dzieci nie znamy nawet koncepcji języka, nie rozumiemy, że jest to narzędzie, które ludzie wytworzyli sobie do porozumiewania się. Nie znamy zasad gramatyki a przecież używamy czasów, odmieniamy przez przypadki, wiemy, że samochód, motor, dom, karabin to mężczyźni a miotła, podłoga, kuchnia, pralka to kobiety (sorry za akcent sexistowski, ale taki mamy język). To jaki rodzaj ma dany rzeczownik to kwestia umowna, nie uczymy się na siłę tych rodzajów. Nauczyliśmy się ich naturalnie. Zawsze mnie dziwi, ze na języku niemieckim, już od pierwszych zajęć na pamięć trzeba się uczyć, że wyraz dziewczyna w niemieckim to nie "ta dziewczyna" tylko "to dziewczyna". Nauka języka nagle z czegoś naturalnego, staje się jakimś koszmarem, kiedy wcale tak być nie musi. 

Osobiście gramatyki angielskiej przestałem się uczyć już w liceum, jedynie na potrzeby egzaminów na studiach raczyłem przejrzeć jakieś materiały. Języka angielskiego używam na co dzień w pracy od dwóch lat, rozmawiając i wymieniając kilkanaście e-maili, ignorancko nie stwierdzam u siebie problemów z gramatyką. Może dlatego, że nie znam jej zasad, co ułatwia mi ignorowanie własnych błędów, a może dlatego, ze używam gramatyki naturalnie, po osłuchaniu się z językiem. Tak właśnie używam języka polskiego - nie myśląc o gramatyce. 
Prawda jest taka, że nawet osoby natywnie posługujący się angielskim robią wyraźne błędy i się tym nie przejmują. 
Oczywiście nie chcę tutaj nikogo zachęcać do ignorancji, nie chcemy przecież być postrzegani jak Kali (Kali jeść, Kali pić). Ale nie uczmy się języka od "dupy strony", nie uczyliśmy się polskiego od odmiany przez osoby, uczyliśmy się od mówienia i wyrażania swoich potrzeb. Od słuchania o czym mówią inni, od wyłapywania coraz to większej ilości słów z kontekstu. Kontekst najpierw był teraźniejszy, rzeczywisty. Co tu masz? Co mama robi? Gdzie kotek siedzi? Później, wyrażaliśmy nasze potrzeby mówiąc co chcemy zjeść. Później opowiadaliśmy o tym co było wczoraj. Później był ten wiek, w którym to tworzyliśmy własną rzeczywistość ciągle kłamiąc, ucząc się, że słowa nie muszą odzwierciedlać rzeczywistości. Jeszcze później, zaczęliśmy poznawać pojęcia abstrakcyjne, uczyć się tego, że to samo pojęcia np. miłość może znaczyć i zazwyczaj znaczy coś innego dla innych. Przyszedł czas na metafory, przyszedł czas na idiomy. Później zaczęliśmy operować ściśle zdefiniowanymi pojęciami, zaczynając od definicji figur geometrycznych itp. Uczyliśmy się języka, a język stopniowo rozwijał nas. To jest naturalne. Nienaturalnym jest uczenie się na siłę tego czy piszemy "ból", czy tak jak prezydent "bul". Podobnie nienaturalne jest uczenie się konstrukcji gramatycznych, którym to dane są nam a priori (a przecież nie są). Nienaturalne jest też to, że owe zasady, o których natywni często nie słyszeli, zmieniają się w raz z naszym postępem. Panuje w szkole zasada: "To co wolno wojewodzie, to nie Tobie smrodzie". Jeśli osoba u psychiatry powie "I does", to psychiatra powie, że podmiot badań mówi o sobie jednocześnie w pierwszej i trzeciej osobie, co świadczy o kilku osobowościach, nie powie, że podmiot ma problem z gramatyką. Jeśli wy tak napiszecie na sprawdzianie, to na czerwono Wam zostanie poprawione na "I do". Może to nie był najlepszy przykład, ale obrazuje, że język, który jest przecież żywy, nasze testy i sprawdziany zamykają w sztuczne ramy. Nie warto sobie tym zawracać głowy.
Do studiowania gramatyki angielskiej wrócę, za jakieś kilka lat. Myślę, że po 5 latach mieszkania za granicą i korzystania z angielskiego bardzo intensywnie w pracy, przyjdzie czas, aby stać się bardziej poprawnym gramatycznie od miejscowych. Na razie, nie czuję takiej potrzeby. W momencie w którym, idąc do muzeum będę mógł swobodnie zinterpretować dla kogoś po angielsku, używając nazw stylów, epok, farb i technik, gdy idąc do sklepu w stylu Castoramy, będę umiał nazwać wszystkie śruby, rury, nyple, mufki, wały, korby, zębatki, szlifierki etc, kiedy w sklepie nie będę się zastanawiał jak jest po angielsku szponder wołowy, wtedy wrócę do gramatyki. 

Słownictwem - tym najpierw należy zawracać sobie głowę. Nasz osobisty słownik, musi być możliwie jak najbogatszy.

Nasze podejście musi być różne w zależności od poziomu na którym jesteśmy. Na początku klasyczna metoda z wypisywaniem słów na kartce i uczenia się ich w dwie strony z ang na pol i z pol na ang jest zalecane. Jest to jednak trudne, bo męczące. Frustrujące jeśli po czasie się okazuje, że dane słowa znów wypadły. Będą wypadać i będą wracać jeśli będziemy uczyć się tyko na "pałę", zakuwać. Język trzeba używać,a by się utrwalił. Pamięć działa na na zasadzie tworzenia coraz większej ilości połączeń. Dużo lepiej zapamiętamy słowo, które użyliśmy 5 razy przy różnych okazjach niż takie, które przeczytaliśmy z kartki 10 razy. Często ucząc się na pamięć, oprócz czytania w głowie czytamy na głos. Czemu? Bo wtedy słyszymy ten wyraz, dochodzi do nas jako nowy bodziec, nowe połączenie nerwowe. Z tego samego powodu także piszemy te wyrazy na kartce, bo łatwiej zapamiętać. Chodzi o ilość połączeń nerwowych.
Aby uzyskać efekt odwrotny, doświadczeni entuzjaści alkoholu piją, gdy coś przykrego im się wydarzy. Wszyscy wiemy, ze po spożyciu alkoholu łatwiej nam się rozmawia, jesteśmy śmielsi, bardziej socjalni. Nie boli nas to, że osoba siedząca obok jest tak głupia, że na trzeźwo nie da się z nią rozmawiać, osoby z wysokim IQ często piją więcej, aby się zrównać intelektualnie z otoczeniem , lepiej się wtedy czują. Nie oznacza, to oczywiście, że jak ktoś nadużywa alkoholu to znaczy, że jest wybitnie inteligentny. Wiemy, również, że alkohol poprawia nam samopoczucie (na krótki czas). Po śmieci bliskiej osobo często sięgamy po kieliszek lub szklankę. Szukamy ulgi na tu i teraz, nie wiemy, że przynosimy ulgę na przyszłość. Proces zapamiętywania, często wiąże się z emocjami, innymi słowy jeśli coś mocno przeżywamy to zapamiętamy to lepiej i na dłużej. Jeśli zatem ogłupimy nasze emocje, oczywiście w przyszłości będziemy nadal pamiętać, że nasza bliska osoba odeszła, nie będziemy jednak pamiętać bólu, który wtedy odczuwaliśmy i będzie nam łatwiej. Istnieją już tabletki, które na różne sposoby mogą pomóc ofiarom gwałtów, odciąć się emocjonalnie od gwałtu i pamiętać to jak scenę z filmu, coś co nie przytrafiło się nam. Słyszałem również o zabijaniu świeżych wspomnień, bo jeśli coś nie zostało "polane" odpowiednią ilością adrenaliny przez dłuższy czas, zgodnie z mechanizmem o którym pisze, może zostać wymazane łatwiej. O jednym z takich leków możecie przeczytać tutaj: http://wiadomosci.dziennik.pl/nauka/artykuly/138799,pigulka-wymaze-zle-wspomnienia.html

Ale jaki to ma związek z tematem? Ano taki, że chcemy przecież zwiększyć nasze naturalne możliwości zapamiętywania. I choć jestem chemikiem (a może właśnie dlatego), nie będę tu polecał substancji stymulujących nasz mózg. Zdrowa dieta, i jeżeli mamy faktyczne problemy z pamięcią i koncentracją, może warto zwrócić uwagę, czy naszej diecie nie brakuje składników dostępnych w mieszance, którą znamy pod nazwą "lecytyna". Oczywiście przy intensywnej nauce, częstym picu kawy, oko zaczyna nam "szyć", doznajemy uczucia drgającej powieki, świadczącej o braku magnezu. Również łatwo przyswajalne cukry są jak najbardziej wskazane, jako, że niemal bezpośrednio stanowią odżywkę dla naszego mózgu, fosfolipidy (lecytyna), znajdziemy w orzechach i pestkach (dlatego babcia mówiła, że "orzechy dobre na rozum", a "od wódki, rozum, krótki").
Tyle jeśli chodzi o naszą dietę. Jeśli dalej macie problemy, skontaktujcie się z lekarzem, nie szukajcie odpowiedzi z internecie. Ogromna ilość artykułów sponsorowanych i brak przepisów zmuszających do wyraźnego oznaczenia takich artykułów, powoduje szerzenie się dezinformacji. Pamiętajcie, że jeśli czytacie, że "badania dowodzą" - bardzo często, można przeprowadzić, badania, które dowodzą coś odwrotnego. Aby móc samemu odróżnić, prawdę od manipulacji w dzisiejszych czasach, trzeba naprawdę móc się pochwalić wyższym wykształceniem w tym temacie i dostępem do wyników badań, a nie 10 raz przepisanej informacji przez osoby, które nie rozumieją o czym piszą.
Zachęcam jednak do oszukiwania przy uczeniu, i wykorzystywania chemii naszego organizmu, naturalnych wspomagaczy, które wszyscy zdrowi ludzie potrafią sobie wytworzyć.
Jednym z takich pomocników w nauce jest dopamina. Wpływa ona m.in na stymulację procesów kognitywistycznych (http://pl.wikipedia.org/wiki/Procesy_poznawcze). Dopaminę wg. jednych wytwarzamy, kiedy jesteśmy szczęśliwi, wg innych jest bardziej hormonem motywacji, wytworzona daje nam więcej chęci działania. Tak czy siak, pomaga w uczeniu. Dlatego warto do nauki podchodzić emocjonalnie, jesteśmy z motywowanie ba jest sprawdzian czy egzamin dopamina rośnie, uczymy się. Jesteśmy zrelaksowani, jemy słodką czekoladę, dojrzałego banana albo jedno i drugie, dopamina rośnie, przyjemniej się uczyć.
Czasem się zastanawiacie dlaczego znacie teksty wszystkich piosenek a tabliczka mnożenia szwankuje w pamięci? Pozytywne emocje, "oblewały hormonami" te informacje przez co dużo lepiej utrwaliły się one w mózgu. Dlatego w miarę możliwości, uczmy się w sposób dla nas miły.

Bardzo dużo słówek z nam z piosenek, filmów, seriali, gier komputerowych. Często szukałem tłumaczeń moich ulubionych piosenek, później słuchając ten piosenki kilkadziesiąt razy, przyjemnie utrwalałem sobie słownictwo. W internecie bardzo łatwo znaleźć serwisy, które oferują tekst oryginalny i tłumaczenie.  Oczywiście, można marudzić, że ktoś tam przetłumaczy nie dokładnie. Z takim nastawieniem niczego się nie nauczycie, a tym tłumaczom należy dziękować, że pro bono dokonali tłumaczenia. Ostatnio jest to nawet przestępstwem, bo słowa piosenek i dialogi z filmów są chronione prawami autorskimi, także tłumaczenie ich i udostępnianie w internecie jest przestępstwem.

Oglądałem i dalej oglądam nieludzkie ilości filmów i seriali. Na początku z napisami, później bez, teraz myślę, aby znów używać napisów, żeby raz na 10 minut kiedy nie zrozumiem jakiegoś słowa, którego z kontekstu nie mogę wywnioskować, szybko zerknąć na tłumaczenie.
W momencie w którym decydujemy się zrezygnować z polskich tłumaczeń, warto myśleć o odtwarzaniu napisów po angielsku. Czasem znamy wyrazy, których wymowa jest nam nieznana. W ten sposób też świetnie będziemy się uczyć. W drugą stronę, znamy dany wyraz z mowy potocznej, nie mamy pojęcia jak się to pisze, mamy od razu okazję sprawdzić.
Na początku po zrezygnowaniu z napisów, polecam używania słuchawek, ważne abyśmy dobrze słyszeli co mówią aktorzy, z czasem (po jakiś dwóch latach codziennego oglądania czegoś przynajmniej przez godzinkę), odłóżmy słuchawki, poczujemy różnicę. Jeszcze później warto ściszyć komputer czy TV a nawet rzucić jakieś dźwięki w tle (gotujący się obiad, pracująca pralka, czy otworzyć okno i wpuścić dźwięki z ulicy). Czemu? Bo to jest środowisko naturalne, będziemy używać języka na głośnej budowie, w głośnej fabryce, w ruchliwym biurze, na ulicy na dyskotece. Jest dużo trudniej rozmawiać w takich warunkach więc warto się przyzwyczajać.

Gry komputerowe są wciąż bardzo niedocenianym sposobem nauki, zupełnie nie rozumiem dlaczego. Jeśli uważamy, że wysłanie dziecka za granicę, gdzie będzie zmuszone używać języka obcego ma go czegoś nauczyć, to musimy się pogodzić, że wiele gatunków gier aż ocieka dialogami od których zrozumienia zależy czy uda nam się przejść dalej. Tuzin pisarzy spędziło 60 tygodni na napisaniu wszystkich dialogów, które możemy odtworzyć w grze Skyrim. Tysiące przedmiotów znajdowanych po drodze ma swoje opisy a skomplikowane wątki uniemożliwiają zabawę bez zrozumienia celu wykonywanego zadania. Dodatkowo, gry prześcigają się w słownictwie i można się nauczyć takich wyrazów jak wynaturzenie czy plugastwo, które raczej nie wpadną do naszego słownika innymi drogami.

Czytanie? Warto czytać w obcym języku, ale to może być trudne, bo nie chce nam się czytać nudnych i głupawych czytanek a normalna książka może okazać się zbyt ambitna i nas szybko zniechęcić. Dlatego czytajmy raczej w internecie gdzie bardzo szybko możemy przetłumaczyć sobie to czego nie rozumiemy i iść dalej. Są nawet do tego świetne programy. Wystarczy, że program jest włączony w tle, my najedziemy na dany wyraz, a program w chmurce pokaże nam tłumaczenie. Jednym z takich przykładów jest używający największej na świecie bazy tłumaczeń od googla http://www.tomsguide.com/us/download/Client-for-Google-Translate,0301-27856.html
Istnieje masa wtyczek do przeglądarek, które działają na podobnej zasadzie (np. trzymaj ctrl i najedź na wyraz a dostaniesz tłumaczenie). Spotkałem się nawet z programami, które potrafiły tłumaczyć wyrazy w plikach typu pdf. Warto się tym zainteresować i wybrać coś co odpowiada nam.
Nawet popularny tłumacz google, ma od jakiegoś czasu słowniczek w który możemy jednym kliknięciem zapamiętać wyrazy, które później chcemy sobie powtórzyć. Jest to super wygodne narzędzie, jeśli dużo tłumaczymy, później możemy sobie te wyrazy, które nam były potrzebne a były nam nieznane, wydrukować i wryć.
Również na rynku istnieje bogactwo drogich, ale dobrze zrobionych czasopism. Oferują one ciekawe artykuły z różnej tematyki, gdzie trudne wyrazy są podkreślone i mają swoje tłumaczenie z boku. Często autorzy zadają sobie trud, aby wyjaśnić skąd wyraz pochodzi, jakie miał znaczenie kiedyś, a co określa teraz. Różna tematyka jest o tyle ważna, że czasem choć jesteśmy płynni w naszej robocie z językiem, który tam używamy, nagle znów uderzamy o ścianę bariery językowej, gdy chcemy opisać piękny kościół, który wiedzieliśmy na wycieczce w Rzymie, ale brakuje na słów  takich jak freski, pieta, tondo, gzyms, zdobienia, wzmocnienia, tryptyk czy zakrystia. I chcieli byśmy się pokazać jako ludzie wykształceni, którymi jesteśmy, ale jedyne co na pozostaje to powiedzieć "It was fucking nice church". Dlatego warto czytać artykuły o różnej tematyce i warto uczestniczyć na wycieczkach i w podróżach i na emigracji w różnego rodzaju aktywnościach. Wystarczy dwa razy zagrać w piłkę z miejscowymi, aby dowiedzieć się co krzyczy się u nich na boisku np. Watch your house, mówimy, gdy osoba z naszej drużyny jest przy piłce a nie zdaje sobie sprawy z tego, że przeciwnik zachodzi go od tyłu. Pójście na siłownie i nauczenie się w ten sposób nazw wszystkich sprzętów, jest też dużo fajniejsze niż szukanie tego w słowniku. Uczmy się naturalnie.  

Rozmowa. Z braku laku mów nawet do siebie. Głupie? Cały czas mówisz do siebie, ciągle masz w głowie ten głos który do Ciebie mówi. Mówisz, że to się myślenie nazywa, ale myślenie może być realizowane na wiele sposobów. Składając klocki lego nie mówisz do siebie. Nie słyszysz w głowie, że teraz wezmę czarny podwójny klocek i umieszczę go w tej luce. Kształt i kolor dopierasz na zasadzie innego rodzaju myślenia nie przez mowę. Myśl w obcym języku, zadawaj sobie w głowie pytania po ang. Should I eat now or later? zamiast zjeść teraz czy później. To jest jedno z najtrudniejszych ćwiczeń. Kiedy zaczniemy myśleć w innym języku, i będziemy to kontynuować przez kilka godzin dziennie, będzie nas nawet od tego bolała głowa. Ja ponad pół roku byłem bardzo przemęczony myśleniem w obcym języku i często temu towarzyszyły wieczorne bóle głowy, a żeby się zrelaksować i przestawić mózg na polski, zaczynałem pisać kilka zdań w swoim rodzimym języku.
Oprócz mówienia do siebie w myślach, zaczynaj mówić do siebie na głos a już na pewno, gdy czytasz czytaj na głos. Czasem w twojej głowie wiesz jak powiedzieć dany wyraz, a jednak fizycznie nie umiesz. Musisz to ćwiczyć. Jola lojalna, lojalna Jola. Nie jest to bardzo jowialny tekst do powiedzenia dla nas, w obcym języku będziemy mieli takich łamańców znacznie więcej, dlatego warto siebie słuchać. Jak chcesz się załamać, to nagraj się i odsłuchaj jak mówisz po ang. Ten Rosjanin z ciężkim akcentem to Ty.    
Praktyka z drugą osobą też jest ważna, nigdy wcześniej w historii świata nie było to tak proste. Aby móc rozmawiać z ludźmi z innych krajów wystarczy zalogować się na jedną z wielu darmowych stron i prowadzić video chat. Wstydzisz się? Patrz punkt pierwszy, w którym mówiłem, że naukę języka zaczynamy od zmiany nastawienia.

Pisanie w języku obcym? Ja pisałem swoją pracę magisterską w języku angielskim, nie dlatego, że byłem taki dobry, tylko dlatego, że to ponad 60 stron tekstu, które dały mi możliwość pisania i zmuszały mnie do pisania w języku angielskim. Moją motywacją było to, że zamiast pisać, że mam certyfikat z angielskiego na CV, pisałem, że moja praca magisterska była w języku angielskim, czyli też dawałem mocny dowód na to, że potrafię sobie z tym językiem poradzić.  Podobnie, nie potrzebujesz zaświadczenia, że umiesz obsługiwać komputer i zestaw programów typu office, jeśli napisałeś prace mgr na komputerze.
Pisać też można do tych tysięcy ludzi z całego świata zapisanych na portalach penfriend. Możemy spotkać tam kogoś z kim każdego dnia lub rzadziej wymienimy e-mail. Tematyka dowolna. Zmusza nas to w ciekawy sposób do pisania, jest to prawdziwa komunikacja, nie jest to list pisany do kolegi z wakacji, który tak naprawdę jest czytany przez nauczyciela i różni się tym od prawdziwego, że w prawdziwym nie pisalibyśmy takich głupot o takich "dupiastych tematach".

Innym fajnym sposobem na osłuchanie się z językiem są audiobooki, można się codziennie zrelaksować przed spaniem, posłuchać klasyki czytanej przez aktorów głosowych. Wykorzystywać można te gadżety, które ze sobą dźwigamy wszędzie. Zapisuj lub nagrywaj na komórkę, każdy wyraz, który gdzieś Ci wpadnie a chcesz go poznać po polsku lub po angielsku.

Robiąc wszystko to i dając sobie czas, bez bólu i wkuwania nauczysz się języka.

 


        


4 komentarze:

  1. Niezły wpis. Szereg przydatnych porad dla osób dopiero zaczynających przygodę z językiem. Najbardziej do mnie przemawia rada, aby otaczać się językiem, bo jakby nie patrzeć, to jednak słówka są najważniejsze. Gramatyka gramatyką (wielu rodzimych użytkowników języków obcych mówi niepoprawnie), ale im bogatszy zasób słownictwa, tym łatwiej coś komuś wytłumaczyć "na okrętkę" - kiedy nie znamy tego jednego, właściwego słowa. Osobiście z angielskim nie mam problemów, bo jednak zaleta naszej polskiej edukacji jest taka, że uczy się go od najmłodszych lat, a jak ktoś jeszcze potem go wykorzystuje (czy w celach rozrywkowych - filmy, książki, muzyka czy też zawodowych), to ma okazję ćwiczyć. Aktualnie jestem na drodze do rozpoczęcia prywatnego kursu niemieckiego i na pewno z wielu porad podanych we wpisie skorzystam.
    Jeszcze odnośnie angielskiego: czy uważasz, że można nabyć brytyjskiego akcentu? Chodzi mi o to, że jeśli cudzoziemiec mówi po angielsku, to można to wychwycić (np. Niemcy mówią twardo, Włosi/Hiszpanie bardziej melodyjnie), ale co jeśli obraca się wśród Angoli wiele lat, na co dzień używa języka i wchłania ich sposób wymowy. Czy akcentu można się nauczyć?

    OdpowiedzUsuń
  2. To zależy jaki jest nasz cel. Można się szybko nauczyć akcentu na cele take jak granie w filmie i można zwieść widzów, którzy nie znają dobrze akcentu, który udajemy, tak jak to robi ten pan:
    https://www.youtube.com/watch?v=lEOOZDbMrgE

    A wytłumaczenie jak udawać szkocki akcent jest tutaj. https://www.youtube.com/watch?v=mALkCGVA2BU

    Istotne, że oprócz akcentu w różnych rejonach będzie się używana nieco inna gramatyka jak np. część Irlandczyków będzie mówić ty = you oraz wy = ye.
    Można się tego uczyć i starać się mówić w wybranym akcencie, ale chyba ludzie zaczną się na nas dziwnie patrzeć jeśli nagle zaczniemy sztucznie używać danego akcentu. Ja z czasem zaczynam mówić bardziej zrozumiale dla moim współpracownik i albo mówię bardziej jak oni niż na początku, albo oni przyzwyczaili się do mojej wymowy.

    Problem dla, którego wiem, że nigdy nie będę mówił w akcencie Irlandzkim jest taki, że ten akcent nie istnieje. W Irlandii w zależności od regionu mówi się bardzo różnie i ciężko znaleźć kogoś kto potrafi udawać różne Irlandzkie akcenty aby wskazać różnicę więc mam tylko to:
    https://www.youtube.com/watch?v=QJMQg5Lczis

    Zatem jeśli, jest tak wiele różnych akcentów na wyspach, który wybrać?

    OdpowiedzUsuń
  3. Super porady, bardzo ciekawy wpis. Aktualnie mieszkam w Łodzi i uczę się języka w szkole językowej. Akapit o zmianie nastwienia napewno zmnieni moje podejście do nauki języka.

    OdpowiedzUsuń
  4. super przemyślenia wypowiedziana na blogu z super artykułami

    OdpowiedzUsuń